czwartek, 1 czerwca 2017

Chłód

 To nic ciekawego ani wartościowego.

 Czuję się tak bardzo zażenowany własną osobą.

 Idę wpatrzony w dół. Depczę po szyszkach i igłach. Mijam drzewa, przeskakuję nad korzeniami, przechodzę przez kładkę. Wyraźnie czuć ten niesamowity zapach deszczu, mchu i mokrej ziemi.

 Brakuje mi słuchawek, ale słowa i melodię tej piosenki znam na pamięć perfekcyjnie. 


 Może i dobrze, że nie mam słuchawek. Teraz mogę skupić się bardziej.

 Nie muszę podnosić głowy, żeby wiedzieć, że jestem już na miejscu. Ściągam buty i przedzieram się przez zimny piasek. Za godzinę będzie zupełnie ciemno, nikogo więc już tu nie ma.

 W końcu zatrzymuję się i rozglądam. W wodzie odbija się widoczny już od kilkudziesięciu minut księżyc. 

 Siadam na piasku.

 Myślę o tobie.

 Może i na co dzień jestem wyzuty ze wszelkiej romantyczności, może nie potrafię z tobą rozmawiać normalnie, tak, jakbym chciał.

 To takie sztuczne.

 To już przestaje cokolwiek znaczyć.

 Tęsknię za czasami, kiedy byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, kiedy pokazywałem ci, jak wykonywać twoją pracę lepiej, kiedy było nam obojgu przykro, kiedy na mnie wrzeszczałaś, kiedy starałem się że wszelkich sił zdobyć twoją uwagę, kiedy śmialiśmy się do drugiej w nocy, kiedy mnie ratowałaś, kiedy nasze relacje były nie do zerwania pomimo rozpruwającej odległości.

 Tęsknię za czasami, kiedy się ponoć kochaliśmy.

 Ty też będziesz to czytać, kiedy przypomni ci się o blogu. Twojej reakcji boję się jeszcze bardziej niż Mateusza, choć nie mam nic do stracenia.

 Myślę, że cholernie cię kocham.

 Przez ciebie stwarzałem sobie tysiące niepotrzebnych problemów. Wmawiałem sobie, że M. mi się podoba. Nie tylko M. Chciałem na wszystkie sposoby uciszyć moje uczucia do ciebie. 

 Wmawiałem sobie, że już nigdy się do ciebie nie odezwę.

 Heh, mój rekord to 8 dni.

 Wiesz, nasza znajomość powinna zakończyć się już dawno. To przestało mieć jakikolwiek sens już z rok temu. Nasze rozmowy składają się z wymiany kilku żenujących, niewartościowych zdań. 

 Jak mam zatuszować twoje imię na tym blogu? Na jakie mam je zmienić? Nie mam pojęcia. 

 Dziewczyno.

 Ubliżę ci, jeśli zostaniesz bezimienna?

 Siedzę więc na piasku i rysuję palcem abstrakcyjne wzory.

 Tyle razy marzyłem, żeby cię przytulić. Tak naprawdę. Długo i czule, choć raz. Prawie każdą rzęsę z policzka marnowałem na życzenia związane z tobą. 

 Głupie zabobony.

 I tak miałem nadzieję, że się spełnią.

 Prosiłem o coraz mniej. Skończyło się na tym, że życzyłem sobie choć minuty rozmowy z tobą. 

 To przykre.

 Przecież znaliśmy się tak dobrze.

 Nie znamy się wcale.

 Wstaję. Ściągam koszulkę i wchodzę do jeziora. Zatrzymuję się, kiedy woda sięga mi kolan.

 Zimno mi.

 Uświadamiam sobie, że nigdy już tego nie odbudujemy. Powiesz na pewno, że przecież możemy spróbować, że się uda, że nie mamy nic do stracenia.

 Ale ja już nie chcę próbować.

 Nie uda się.

 A straciłem już za wiele.

 Straciłem wiele miesięcy.

 W sumie żal mi tych wszystkich dni, godzin, tygodni spędzonych z tobą. Szkoda to marnować. 

 Wchodzę głębiej. Woda sięga mi już niemal po szyję.

 Cholernie zimno.

 Musimy to skończyć.

 Serce krzyczy: nie odchodź!

 Ale potem uświadamia sobie, że przecież odeszłaś dawno temu.

 A najgorsze jest to, że to moja wina.

 Pizda. Atencyjna, głupia pizda.

 Gdybym tylko zamknął się w odpowiednim momencie, może wciąż bylibyśmy przyjaciółmi. 

 Szczerze?

 Chyba przez ciebie nie potrafię już mówić o uczuciach.

 Chyba mnie pod tym względem zniszczyłaś.

 Od tamtej pory nie powiedziałem ci już ani razu, co czuję naprawdę.

 To rozwaliło naszą przyjaźń.

 Nienawidzę się kłócić.

 Życzę ci szczęścia ze swoją miłością. Cieszę się, naprawdę się cieszę, że spełniły się twoje marzenia. 

 Kiedy mi o tym powiedziałaś, nie mogłem przestać się uśmiechać. Mimo, że to absolutnie skreślało mnie z listy osób, które coś znaczą w twoim życiu. W tym właśnie dniu straciłem dla ciebie jakiekolwiek znaczenie, ale jak miałem się nie cieszyć, kiedy ty byłaś tak szczęśliwa?

 Chyba bardzo się z tobą zżyłem.

 Myślę, że cholernie cię kochałem.

 Woda jest za zimna, żeby zanurzyć głowę. Raz po raz przechodzą mnie ciarki.

 Oczywiście nurkuję.

 Liczę do trzydziestu. Nie jestem w formie.

 Nie ma po co otwierać oczu. Jest zbyt ciemno. 

 Wynurzam się, cały się trzęsąc.

 Najbardziej boli mnie, że tak strasznie starałem się otumanić samego siebie, że wmawiałem sobie miłość do M.

 Tyle idiotycznych rzeczy.

 Boże, jaki człowiek jest głupi.

 Chociaż przynajmniej z M. jesteśmy teraz blisko.

 A z tobą, dziewczyno, oddalamy się od zawsze.

 Jeszcze długo zajmie mi zapominanie o tobie, ale już wiem, że kończymy nasza historię.

 Wychodzę na brzeg.

 Zaczynam okropnie kaszleć. Nie mam ręcznika.

 Warto było.

 Wracam do domu.

 Dlaczego znów piszę list?

 Podświadomość...

 Siedzę pod kocem. Myślę o tobie. Myślę, że może boleć, ale największy ból za nami.

 Teraz będę o tobie zapominał.

 Bo ty już o mnie nie pamiętasz.

 Jest mi przykro.

 Ale jest mi też dobrze, bo wiem, na czym stoję.

 Wiem, że musimy się pożegnać.

poniedziałek, 22 maja 2017

Most

 Właściwie nigdy nie myślałem, że kiedyś będę mógł powiedzieć: nie mam przyjaciół.

 Piszę to na siłę, przyznaję, ale potrzebuję coś napisać. Po prostu.

 Może jakaś świeża dawka wspomnień?

 Ostatnie tygodnie mojej egzystencji to jedno wielkie niedopowiedzenie.

 Może też nieporozumienie.

 Istnieje tak wiele rzeczy, które chciałbym powiedzieć. Strasznie kusi mnie, żeby w końcu być szczerym z Mateuszem, że to, co robi, to jedno wielkie gówno, ale też czuję niepowstrzymaną potrzebę wrzeszczenia na wszystkich, którzy nie mają pojęcia, co tak naprawdę się z nim dzieje, ale komentują.

 Okazuje się, że żyłem przez kilka lat z niezdiagnozowanym "wariatem", ale według mnie wizyty u psychologa kompletnie nic nie dają, Mateuszu. Jest z tobą coraz gorzej.

 Kiedyś to przeczytasz. Jeśli będzie ci się nudzić, to doskonale wiem, że odgrzebiesz link do bloga spod kilkudziesięciu tysięcy wiadomości. Czy się tego obawiam? Sam nie wiem.

 Myślę, że wcześniej sam ci to powiem. Już chciałem to zrobić. Wiesz kiedy?

 W środę, kiedy po ósmej siedziałem na parterze w szkole i zadzwoniłeś do mnie, a ja wahałem się, czy odbierać, bo byłem na ciebie niesamowicie wkurzony, jak cała klasa zresztą. Tylko ja wiedziałem, dlaczego dzień po dniu psujesz sobie doszczętnie frekwencję, ale nie w pełni cię rozumiałem.

 Ale odebrałem i wysłuchałem twoich tłumaczeń, słuchałem kompletnie załamanego człowieka, wciąż nie rozumiejąc, czego się boisz, ale emocje w twoim głosie były zbyt silne, żeby nie wierzyć, że coś jest bardzo nie tak. Nigdy do końca tego nie zrozumiem, ale teraz przynajmniej widzę.

 I gadaliśmy. Głównie słuchałem, bo co mówić w takiej chwili? Dużo w naszej rozmowie było milczenia. Kiedy się uspokoiłeś, zacząłem ci opowiadać, co sądzą o tobie ludzie w szkole. Nie rozumiałeś, dlaczego wszyscy są wściekli, że nie przychodzisz. Więc ci wyjaśniłem. Bo przestali ze sobą rozmawiać. Ja, "lider i śmieszek klasy, władca i centrum życia towarzyskiego" zrobiłem się dokładnie taki, jakim widzisz mnie na blogu. Kompletna cisza, brak tematów, brak śmiechu, a ja odczułem to najbardziej. Teraz dopiero uświadomiłem sobie, że naprawdę jesteś moim najlepszym przyjacielem. I właściwie jedynym.

 Ale już nie jesteś do końca sobą.

 Ja też nie potrafię być przy tobie taki, jak dawniej.

 Już rzadko rozmawiamy, a widujemy się raz na nawet parę tygodni.

 I nie mówię ci bardzo wielu rzeczy.

 Po to mam bloga.

 Pamiętasz, jak to wszystko się zaczynało?

 Kiedy musiałem ci opowiedzieć, co się dzieje, co czuję, musiałem ci to napisać, w trzeciej osobie, nawet żeńskiej formie. Najchętniej po angielsku.

 Robiłem wszystko, żeby udawać, że to nie są moje uczucia.

 Dlatego tutaj jestem.

 I dlatego się chyba oddalamy.

 Bo piszę obcym, co się ze mną dzieje, a tobie nie potrafię tego powiedzieć.

 Nawet kiedy w tę cholerną środę siedziałem z telefonem przy uchu, a ty poznałeś po moim głosie, kiedy opowiadałem, że z nikim już nie rozmawiam, że jest źle, nie mogłem ci powiedzieć.

 Czy istnieje jakaś fobia przed werbalnym wyrażaniem uczuć?

 Krążyło mi w głowie jedno zdanie, ale nie mogłem tego wypowiedzieć. Nie mogłem. Powiedziałem, że nie jest dobrze. Zachęcałeś mnie, żebym odwiedził psychologa, ale ty najlepiej wiesz, że to niemożliwe. Zacząłeś pytać, co dokładnie oznacza "nie jest dobrze", ale nie mogłem. Poza tym wokoło zbierało się coraz więcej ludzi.

 Obiecałem, że napiszę na Messengerze, ale nie napisałem.

 Bo jak miałem ci to napisać?

 Boże, ja ciebie nie rozumiem, a ty mnie też nie zrozumiesz. Ale gdybyś wiedział...

 Jak miałem ci napisać, że ta pojebana huśtawka doprowadza mnie do takiego samego stanu, w jakim ty byłeś wtedy rankiem?

 Jak miałem ci opowiadać o sobie, kiedy ty od tylu dni nie wychodzisz z domu, a naszym jedynym tematem jest to, ile godzin spałeś?

 Jak miałem mówić ci o sobie, kiedy jesteś teraz naprawdę ode mnie o wiele ważniejszy?

 Jak miałem teraz ci to powiedzieć, już kiedyś mówiłem za dużo?

O, Jezu... Jak miałem...

 Jak miałem ci napisać, a tym bardziej powiedzieć, że...

planuję popełnić samobójstwo?

 Jak mam żyć z tobą?

 Jak mam żyć bez ciebie?

 Jak mam żyć ze sobą?

 Szczerze mówiąc, skończyłem pisać powyższe zdanie 10 minut temu, ale waham się, czy to publikować.

 To, co napisałem wyżej, po prostu mnie przeraża, nawet w tej formie, nawet jako "nie moje uczucia", jako parę liter na ekranie.

 Boję się własnych myśli.

 W życiu nie byłem tak przerażony słowami, które wyszły spod moich palców na klawiaturę.

 Plany...

 Plany zwykle się urzeczywistnia.

 Dobranoc.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Krata

 No i co?

 Jedne święta minęły, drugie święta minęły, ja się nie odzywam.

 Jezu, wydaje mi się, że to wszystko było tak dawno temu.

 Nie chce mi się tłumaczyć. Nie chce mi się opowiadać.

 Czym ja jestem?

 Grudzień - planowanie samobójstwa.

 Styczeń - najszczęśliwsze dni od paru lat.

 Luty - nie wiem. Nie pamiętam co było w lutym. Chociaż nie, po prostu byłem odmieniony. Napełniony nadzieją, energią. Patrzyłem realistycznie na cały świat, i wydawał mi się piękny. Świetne uczucie.

 Marzec - to samo.

 Wielkanoc - po raz kolejny wybuch radości, choć nie już tak mocny.

 No i mamy kwiecień, zaraz maj.

 O tej porze w 2014 roku zaczęło się wszystko.

 Może wpadłem w dół, bo oglądałem ostatnio zdjęcia, przeglądałem konwersacje i otwarcie w końcu popytałem przyjaciół o różne sprawy. I w końcu mam w głowie jako taki zarys tych 3 lat, których sam kompletnie nie pamiętam.

 Zaczęło się wiosną.

 Od jednego popierdolonego "kolegi", kawałka szkła i wietrznych, ale słonecznych dni.

 Dreszczyk emocji miał być. Tak na próbę.

 Kurwa, nie, nie, nie. To jeszcze nie jest dobry czas. Myślę że jeszcze kilka dni czy tygodni, i opowiem i o tym, ale dziś co innego chciałem przedstawić.

 Tylko też nie za bardzo chcę.

 No bo co? Pojechaliśmy sobie do taty. I było super. Naprawdę czułem, że jest wszystko w porządku. Przez kilkanaście dni żyłem w normalnej rodzinie, byłem normalny. Dawno się tak nie uśmiałem. Świetnie się bawiłem.

 Od tego czasu myślałem, że blog pójdzie w odstawkę. Myślałem, że jest naprawdę dobrze, na tyle dobrze, że już nigdy nie będę potrzebował uporządkowywania swoich myśli, wyrzucania z siebie uczuć w ukryciu przed znajomymi. Nawet zacząłem trochę mówić o swoich emocjach, niemal tak łatwo jak kiedyś.

 Bo w sumie łatwo mówić o słabych uczuciach. To takie paradoksalne. Jeśli skaleczysz się w palec, cały dom się o tym dowie i będziesz każdego pytać, czy ma plaster. A jeśli pęknie ci serce, zaleje krwią twoje wnętrze, zatruje mózg... może i ty sam nie będziesz o tym wiedział.

 W każdym razie, uwierzyłem, że jestem całkiem wartościowym człowiekiem. Wierzyłem, że czeka mnie dość dobra przyszłość i uświadomiłem sobie, że właściwie w razie czego bez problemu dostanę pomoc.

 W tym okresie rzadko czułem się źle. Kiedy ostatnio napisałem posta, to był jeden z tych momentów. Teraz nie pamiętam nawet, dlaczego.

 Boże, zwróć mi pamięć.

 Chociaż nie wiem, czy to dobry pomysł.

 I tak sobie żyłem.

 O, mogę jeszcze nadmienić, że w międzyczasie, trochę wcześniej, miałem bliską konfrontację z M. Hmm, wyjaśniliśmy sobie kilka rzeczy. A ja zrozumiałem bardzo wiele. Szkoda, że tak późno. O tym też kiedy indziej.

 W Wielkanoc po raz kolejny zapłonąłem ogniem entuzjazmu i radości; z samego faktu, że to Wielkanoc cieszyłem się ogromnie, a kiedy dowiedziałem się, że znowu spotkam się z tatą, no, wiecie. Było mi cholernie miło.

 W swoim życiu przechodziłem przez całe spektrum uczuć, które można żywić do ojca.

 Za młodu miłość, później żal, niedowierzanie, potem obojętność, nawet nienawiść.

 Teraz mogę śmiało powiedzieć, że się przyjaźnimy.

 Dobrze mi z tym.

 Tata wyjechał w środę, pożegnaliśmy się jak kumple. Dorotka popłakała trochę, ale w gruncie rzeczy wszyscy czuliśmy, że niedługo się spotkamy, i naprawdę niedługo, bez odwoływania, przekładania i zmiany planów. Było okej.

 I tak sobie żyłem.

 Aż w piątek powróciło do mnie to przeklęte widmo. Znowu przyszła ciemność.

 Jedne z najczarniejszych dni, jakie dane mi było przeżyć.

 A uwierz, Jezu, wolałbym zdechnąć, niż je przeżywać.

 Kim jestem?

 Raczej, kurwa, czym?

 Czy pod koniec lipca pada śnieg, zrywają się huragany, widuje się mgły?

 To dlaczego, kiedy czuję się świetnie, nagle coś piekielnego uderza we mnie i wysysa że mnie życie, jak zima w środku upalnego lata?

 I już wiem, że to nie jest wina otoczenia. To wychodzi ze mnie.

 W piątek wyłączyłem telefon, czat na Facebooku, nie sprawdzałem maila.

 Cały dzień zleciał mi na praktykowaniu nienawiści do całego świata.

 Relaksująco. Czasem tak mam, że każde połączenie odrzucam, mówiąc do telefonu po prostu "spierdalaj". Raz po raz wyzywam ściany, klnę na wiatr, wyżywam się na przedmiotach martwych.

 Ale pod wieczór przyszła nienawiść do siebie.

 Do tego stopnia, że chciałem wymiotować na samo wspomnienie, że ja istnieję, że takie gówno żyje.

 W sobotę, za dnia, odrętwienie.

 W nocy psychoza.

 Kurwa, ja słyszałem jakieś pojebane głosy, syczące, szepczące. Było ciemno. Bałem się do cholery otworzyć oczy.

 Zrobiłem rzeczy, których już dawno przysięgałem nie robić.

 Bo to siedzi we mnie.

 Jak mam zabić potwora, który jest w mojej głowie, nie zabijając siebie?

 Snem.

 Ale ile można spać?

 19 godzin.

 Za mało.

 W niedzielę przeszło, bo musiało. Bo szkoła zaraz.

 W szkole otępienie, ale dało się wytrzymać.

 Teraz jest wtorek, a ja siedzę w łazience, czekam na pierwszą lekcję, modlę się o wytrwałość, żeby dziś nic nie zjeść.

 Moje ciało jest równie obrzydliwe, co mózg.

 Jezu, zmiłuj się nade mną.

 Zabierz mnie stąd.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Bańka

 Myślałem, że już na tego bloga nie wrócę. Naprawdę miałem nadzieję, że już nie będę go potrzebował.

 Złudzenie poprawy było piękne, silne i cholernie fałszywe.

 Byłem zachwycony tym, co się stało w ostatnich tygodniach, miałem ogromnie silną nadzieję na szczęście.

 To się nazywa naiwność.

 Dziś znów jestem w ciemności.

 Znów widzę za zamkniętymi oczami reflektory i próbuję uciekać, chociaż poruszam się jak na zwolnionym filmie, i modlę się żeby to auto nie uderzyło we mnie, niech mnie wyminie, niech z moich nozdrzy uleci zapach spalin.

 A z drugiej strony widzę prawdziwy samochód i chcę stać na jezdni, i poczuć odrzut, usłyszeć dźwięk karetki, a potem nic.

 Niedługo wracam.

 Mam dużo do opowiadania, choć nie do końca chcę to zrobić.

 Wracam z moich wyżyn szczęścia spowrotem do stałego domu, do tej ciemnej klitki, ciasnej, ale wypełnionej wielką pustką.

 Ten okres, kiedy nie pisałem na blogu, był najdłuższym od grubo ponad dwóch lat, kiedy nie czułem się jak gówno - przeciwnie, czułem się tak dobrze, jak nigdy.

 Na razie nie mam czasu ani siły opisywać tego ubiegłego miesiąca.

 Niestety, niedługo wracam.

 To zły znak.

 Bardzo smutny znak.

sobota, 31 grudnia 2016

Piórko w tym pięknym świecie

 Co to był za rok u Łukasza?

 Cóż.

 Niewiele pamiętam. To naprawdę nie jest miłe.

 Może po kolei.

 Były urodziny Mateusza, które spędziliśmy w dwójkę na podłodze. Wystarczyło nam trochę chipsów. Najbardziej wyrazistą migawką z tamtego dnia jest chyba sufit u niego w pokoju. No i sporo łez ze śmiechu. Jedne z fajniejszych urodzin, na jakich byłem.

 Potem lato i remont. W sierpniu moje urodziny.

 Prezent od M. mam zawsze przy sobie. Nawet wtedy, kiedy czuję do niej największą nienawiść. Nawet ostatnio, kiedy staram się stłumić moje uczucia do niej. Może to właśnie ten drobiazg każe mi o niej wciąż pamiętać?

 Właśnie, początki z M., koniec czerwca.

 Okej, to gdzieś podświadomie trwa że cztery lata.

 Dużo wypadów nad jezioro z Mateuszem. I ta zjeżdżalnia wodna, z której i tak nigdy nie zjechaliśmy, bo była przerażająca.

 Dorotka zjechała co najmniej trzydzieści razy.

 W jednym dniu.

 Przesiadywanie na trawie godzinami.

 Została godzina i trzy minuty, pośpiesz się.

 Lubię siedzieć pod orzechem, lubię grać w piłkę na boso, lubię łazić po plaży nad jeziorem.

 Nowy rok szkolny. Nowi nauczyciele.

 Dużo rozmów, dużo śmiechu, dużo zbliżeń.

 Ponowny rozkwit miłości do jesiennych porannych mgieł. 

 Cała masa kłótni.

 Przeglądanie wiadomości mamy.

 Przytłaczające poczucie winy. Nie powinienem tyle krzyczeć.

 Tysiąc znajomości, które chcę zakończyć.

 Jeden pogrzeb.

 Absolutna, nieskończona, pochłaniająca większość czasu pustka.

 Ponowny rozkwit miłości do jednego malutkiego błyszczącego przedmiotu.

 Bardzo trudna miłość.

 Coraz gorsze kłopoty ze snem.

 Wiesz co, siedzę sobie teraz z jednym marnym kieliszkiem wina, piszę to gówno i mówię sobie - dobrze, że ten rok już mija.

 Tak chcę myśleć.

 Tak naprawdę ten rok był stracony.

 W głośnikach "Karma Police".

 Zaraz się zgubię, tak jak śpiewa Thom Yorke. Na minutę się zgubię.

 Wiem, jaka piosenka będzie następna. Ale dam radę.

 To powinno się stać za około sześć minut, kiedy zabrzmi już refren następnego utworu na playliście. Do nowego roku zostało nam czterdzieści minut, ale leki nie zadziałają od razu.

 Mógłbym to przyspieszyć, ale chcę się rozkoszować tym ostatnim kieliszkiem wina, fajerwerkami za oknem.

 W którejś książce właśnie w Sylwestra bohater zmieszał alkohol z tabletkami nasennymi.

 Nie jestem w książce.

 Nie zrobię tego.

 Ale tak właśnie chciałbym to zrobić.

 Po raz pierwszy o tym mówię.

 Zaczyna się.

 "Creep".

 "Twoja skóra doprowadza mnie do płaczu".

 "Chciałbym być specjalny".

 "Chcę mieć kontrolę."

 "Nie pasuję tutaj".

 "Jestem dziwadłem".

 Zamykam oczy.

 Płynę.

 Umieram.

 Ale nie fizycznie.

 Kolejny raz umieram wewnątrz.

 Topię się w chorych wyobrażeniach.

 I wszędzie byłaby krew.

 I kolejny raz piszę testament w myślach.

 Zaczynają się pierwsze wystrzały.

 Chowam głowę pod koc i jedyne co wiem, to to, że moje ramiona się trzęsą, a ja nie mogę tego opanować.

 Szczęśliwego Nowego Roku.

czwartek, 29 grudnia 2016

Prześcieradło

 Święta.

 Kiedyś były...

 Kolorowe.

 Na pewno były kolorowe, pamiętam dużo lampek, szczególnie czerwonych, białych, różowych. Ale wszystkich kolorów było po trochu. Choć jedna bombka, choć mała gwiazdka.

 A pod choinką były dwie szopki - z tyłu papierowa, rozkładana, taka która chyba pamiętała młodość mamy, z zastępem aniołów. Z przodu było moje dzieło z zerówki, gipsowa szopka pomalowana plakatówkami.

 Lubiłem siedzieć i patrzeć na światełka.

 Kompot z suszu.

 I cukierki u prababci.

 A potem się pozmieniało.

 Jakże chciałbym pamiętać to wszystko lepiej.

 Mogłem tego sobie życzyć na święta.

 Ale całe moje pokłady nadziei zmarnowałem na życzenie zdrowia.

 Zawiodłem się, i to bardzo brutalnie.

 Pamiętam pierwsze święta bez taty, te jeszcze tego roku, w którym wyprowadziliśmy się na wieś.

 Nie chciałem wtedy usiąść przy stole. Wiem, że grałem w coś od samego rana, myślałem, że nie będą chcieli mnie wyciągnąć. Jednak przyszła mama.

 Chyba właśnie wtedy, z cztery czy pięć lat wstecz odbywały się pierwsze w moim życiu lekcje fałszywego uśmiechu.

 Jeszcze zanim podzieliliśmy się opłatkiem, zaczęła się jakaś awantura dziadków.

 A potem te życzenia, ten szeroki uśmiech, od którego sztywnieją policzki.

 Cicho było na tej Wigilii.

 Nie dało się zastąpić tych cynicznich, sarkastycznych żartów, tego rozbrajającego śmiechu. Tej dobroduszności, prostoty. Tej obecności. Było pusto, było to czuć i nie dało się tego zmienić.

 Z kasą było krucho jak nigdy.

 Dorotka skrzywiła się, kiedy rozpakowała swój prezent małymi rączkami.

 Ta Wigilia bardzo bolała.

 W ciągu kolejnych lat różnie bywało.

 Na pewno było lepiej.

 Tata pojawił się na jednej albo dwóch wieczerzach świątecznych, a nawet kiedy go nie było, my byliśmy przyzwyczajeni.

 W tym roku było inaczej.

 W tym roku miało być idealnie.

 W tym roku mieliśmy być spowrotem prawdziwą rodziną przy wigilijnym stole, prawdziwą kochającą się rodziną spędzającą wspólnie Boże Narodzenie.

  Dzięki tym dwóm tygodniom w Anglii pozew miał być wycofany.

 Dzięki temu mieliśmy wrócić do normalności.

 I gówno.

 Choroby się nie wybiera, ja wiem. Czy to odra, czy ciężkie zapalenie płuc, czy zwykła grypa, a nawet wszystko na raz, tak jak ja miałem - tego się nie przewidzi.

 Ale i tak poczucie winy zmiażdżyło mnie, brutalnie atakując moje serce.

 Mama napisała tacie, że dawno nie widziała u mnie łez.

 Wiem to, bo gdybym od czasu do czasu nie podejrzał jej wiadomości, to nie wiedziałbym już niczego. Nie wiedziałbym o rzeczach bardzo ważnych, dotyczących mnie bezpośrednio.

 Wiem, że to nie jest fair. Ale mama też nie jest fair.

 Nie rozmawiamy ze sobą.

 A gdyby tylko chciała, gdyby tylko od czasu do czasu choć na mnie spojrzała, to już nie pisałaby, że dawno nie widziała moich łez.

 Święta były złe.

 Większość potraw zastąpiły leki, ubieranie choinki zastąpił sen, radość zastąpiło wyczerpanie.

 Ale taty nic nie zastąpiło.

 Ciężko przyznać, że za nim tęsknię, że w ogóle uważam go za ojca, ale tak jest.

 Uwielbiam święta.

 Ale w tym roku świat nie było.

 Już nie chcę o tym pisać.

 Zacząłem w sobotę późnym wieczorem, kończę w czwartek. Nie mogę. Nie mam o czym mówić.

 Niedługo Nowy Rok.

 Ale o tym niebawem.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Wyspa

 Bardzo chciałbym coś napisać.

 Nie mam pojęcia co. Chciałbym ponownie oddać się temu, co kocham.

 Nie mam chyba żadnego konkretnego tematu na dziś.

 A może mam ich za dużo?

 Mógłbym napisać, jak dwa dni temu odnalazłem Boga.

 Mógłbym podzielić się jakąś migawką wspomnień.

 Mógłbym opowiedzieć o swoich uczuciach, lecz dziś ona mnie nie pożera. Dziś siedzi cicho w kącie.

 Złudzenie.

 Ona jest zawsze za mną. Czasem tylko muska moje ramiona, a czasem obezwładnia moje ciało, oplatając je smołą jak pasami bezpieczeństwa.

 Nie jest bezpieczna.

 Ona jest morderczynią i złodziejką.

 Czasem nawet atakuje nożem.

 Dziś daje mi poczucie, że wszystko wychodzi na prostą. Zbliża się jednak 23, więc długo to uczucie się nie utrzyma.

  Czuję się wyjątkowo dobrze przez jeszcze jakąś godzinę, może dwie.

 Nie wiem o czym pisać.

 Nie mam pojęcia.

 Nie wybaczę jej nigdy, że zabrała mi umiejętność spisywania fantastycznych wytworów mojej wyobraźni. Nie wybaczę jej, że odebrała mi zdolność wczuwania się w emocje moich bohaterów. Że ukradła mi moją motywację, radość i łatwość, z jaką przychodziło pisanie fantastyki, dramatów, komedii. Zabawne, komedie jeszcze jakoś wychodzą, ale nie są tak dobre. Zresztą jestem zmuszony, żeby je pisać, taka moja jakby praca. Ona zabrała mi to, co potrafiłem najlepiej. Zamieniła czynności które kochałem w lęki i uczucie nieperfekcji.

 Jeśli odbierze mi jeszcze umiejętność spisywania zwykłych przemyśleń i MOICH, niezmyślonych emocji, najprostszych do ubrania w słowa,  zabiję ją.

 Ale ona jest szybka i przebiegła. I jest już na tyle zrośnięta ze mną, że ona zabije mnie pierwsza.

 Może wspomnienie. Dawno nie było wspomnień.

 No nie. Ta szmata nawet ostatki pamięci sobie przywłaszczyła.

 Moim najbardziej wyrazistym wspomnieniem z wczesnego dzieciństwa jest wycieczka do Zakopanem.

 Tata, mama i ja. Dorotki jeszcze nie było na świecie.

 Jechałem na sankach. Było to w pewnym oddaleniu od szlaku, ale inni ludzie też tam byli. Inne dzieci mknęły z górki, a po lewej stało kilka bałwanów - małe, ogromne, z nosem z marchewki, ubrane w czapki, rękawiczki...

 A ja nie wiem, jak to zrobiłem, ale prawie się zabiłem.

 Woah, zostanę raperem.

 W każdym razie z górki zjeżdżało się w kierunku potoku. Drzew. Kamieni. Ostrych dość.

 Inne dzieci dawały radę wyhamować.

 Nie pisałbym tego, gdyby mój tata nie rzucił się pod sanki i jakimś cudem mnie uratował.

 Od pęknięcia kręgosłupa dzieliły mnie może ze trzy metry. Plus z sześć, siedem w dół.

 Wcześnie zacząłem flirtowanie z koleżanką śmiercią, co?

 Dobra, nie wiem co teraz.

 Mogę coś powiedzieć, absolutnie prześlizgując temat na inny tor?

 Bo chodzi o to, że chyba jednak kieruje mną teraz pewne uczucie. Nie piszę dziś tak sobie, piszę z prostego powodu.

 Często, kiedy wypełniam ankiety albo testy pojawia się pytanie, czego się boję. No i leci: wysokości, pająków, ciemności, duchów, itp., itd., śmierci i samotności.

 Różnie bywa, ale nigdy nie zaznaczyłem dwóch ostatnich odpowiedzi.

 Wątpię, że kiedykolwiek zaznaczę tę o śmierci. Jej się nie boję. Jestem z nią zaznajomiony, jestem przygotowany, nie boję się, co będzie po drugiej stronie, bo moja wiara w to jest niezłomna, mimo wątpliwości, które od czasu do czasu mnie nękają. Jestem... przyzwyczajony do niej? Nie wiem. Po prostu tak jest.

 Nigdy nie zaznaczyłem jeszcze samotności. Uważałem ją za bardzo miłą kobietę, nie miałem pojęcia, o co chodzi tym wszystkim ludziom, którzy wyzywają ją od najgorszych tortur. Dla mnie była wręcz rozrywką. Z nią mogłem się podzielić myślami, bo ja bardzo lubię myśleć. A w samotności najłatwiej odnaleźć spokój, który jest dla mnie najcenniejszą wartością.

 Jednak od pewnego czasu zaczynam powolutku się od niej odwracać.

 Odrobinę się jej boję.

 Chociaż jak teraz nad tym myślę, stwierdzam, że przecież ja tęsknię.

 Tęsknię potwornie boleśnie, i dlatego brak wibracji w telefonie, brak jej i jego głosu w słuchawce czy na żywo jest dla mnie katorgą.

 Trwam więc jak zwykle w samotności, ale kiedy tęsknię, samotność jest straszna.

 Tęsknię za tyloma osobami.

 Ale jestem istotą wyjątkowo egoistyczną, więc brakuje mi nie tyle osób, co rozmów. Tysiąca serc w wiadomościach, setek uśmiechów na żywo, kilku przytulasów.

 Dlatego się ciebie zaczynam bać, droga samotności.

 Boję się, bo sprawiasz mi ból.

 Bo czuję, że nie mam nikogo, kto się o mnie martwi.

 Mówiłem już, że jestem egoistą.

 Piszę więc dlatego, że chciałem poczuć, że są ludzie, do których mówię, i że mnie słuchają.

 Że samotność przez chwilę sobie poszła.

 Że ktoś tu jest.

niedziela, 27 listopada 2016

Tlen

 To mnie przerasta.

 Błagam, żeby jakiś samochód wjechał we mnie z ogromną prędkością, kiedy tylko wyjdę z domu.

 Nie mogę nic zrobić.

 Nie mogę ruszyć się z łóżka. Chowam głowę pod kołdrą. Jest mi duszno.

 Ogromny lęk ściska moją czaszkę, doprowadzając mnie do obłędu. Niepokój nie pozwala mi zamknąć oczu.

 Nie wiem, co jest gorsze - przymknąć powieki i zobaczyć tysiące przerażających wizji w sekundę, czy zachować je otwarte i czekać na łzy?

 A łzy i tak nie przyjdą.

 Wszystkie rzeczy, które muszę zrobić, krzyczą w moim chorym mózgu. Wrzeszczą, a ja nie potrafię sie od nich odpędzić. MUSZĘ TO ZAŁATWIĆ, MUSZĘ UMIEĆ, MUSZĘ PAMIĘTAĆ.

 Ale nie mogę.

 Blokada.

 Nie mogę kompletnie nic.

 Więc po prostu leżę.

 I czuję się jeszcze gorzej.

 Przychodzą wszystkie rzeczy, których kiedykolwiek się bałem. W pokoju jest ciemno. Ze wszystkich kątów wychodzą demony, wlepiają swoje wściekłe, niecierpliwie ślepia prosto w moje bezbronne, nieruchome ciało. A ja czuję, jakbym leżał na desce zawieszonej tysiące metrów nad ziemią. I te głosy. Wszyscy, którzy na mnie czekają, wszystkie obowiązki, których nie wypełniłem, wszystko, co zepsułem, wszystko, co na jutro koniecznie musi być gotowe, wrzeszczy w mojej głowie.

 Nie mogę.

 Nie mogę oddychać, ani się ruszyć.

 Szczególnie wtedy tak bardzo chcę to zakończyć.

 Ludzie, którzy chcą żyć, którzy mają cele, predyspozycje, którzy mają dla kogo żyć, którzy mają plany i są szczęśliwi zapadają na śmiertelne choroby, albo ulegają wypadkom. A ja? Mnie nie zależy na życiu. Dlaczego to nie ja właśnie umieram? Dlaczego nie zabija mnie nowotwór? Dlaczego nie siedzę w samochodzie zablokowanym na torach? Dlaczego te okropne rzeczy przytrafiają się dobrym ludziom, a nie komuś, kto nie ma w sobie ani odrobiny życia?

 Nie wiem, co będzie jutro.

 Nie chcę wychodzić do ludzi.

 Nie chcę znowu ich zawieść.

 Nie chcę się jutro obudzić.

 Kiedyś podejmowałem próby, żeby moja noc i sen trwały wiecznie.

 Teraz nie mogę.

 Zbyt wiele osób mnie kontroluje.

 Każde zadrapanie na knykciu będzie zauważone.

 Ale już nie moja nieobecność.

 Już nie błądzenie wzrokiem.

 Już nie stale zajęta ostatnia kabina w szkolnej toalecie.

 Już nie słabnące wyniki.

 Już nie wzrastająca frustracja.

 A kiedy krzyk w umyśle ustaje, zostaje mi tylko pustka.

 I nic mnie niby nie obchodzi.

 Ale pustka jest chyba jeszcze gorsza.

"Pustka mnie wypełnia
Agonia jest coraz bliżej"

 Staram się ją zapełnić.

 Ból to zawsze jakieś uczucie, czyż nie?

 Zauważą.

 Nie mogę.

 Czuję, że zupełnie już sobie nie radzę.

 Nie dam rady sam.

 Oczekiwania rosną.

 A ja się rozpadam.