poniedziałek, 23 sierpnia 2021

Kłosy

No cóż. Duża przerwa oznacza dużo pisania. To zniechęca jeszcze bardziej, ale absolutnie muszę zrobić update. Dla siebie, bo Wy o większości rzeczy wiecie, z wieloma z Was piszę... Choć sami wiecie, jak ciężko nazwać to pisaniem. Odzywam się po prostu. Z rzadka.

Ten blog jest kroniką, która ułatwia zapamiętywanie przeszłości. Bez zapisywania wydarzeń nie wiem, co robiłem tydzień wstecz. Dlatego gdy mnie nie było, bo brakowało mi sił do pisania notek, musiałem zacząć zapisywać choć szczątkowe podsumowania ważniejszych dni. Chociaż po zdaniu w małym notesie. Żeby pamiętać. Często robiłem też zdjęcia, żeby mieć choć mętne wspomnienie, że gdzieś byłem. Dzięki temu mogę teraz sklecić podsumowanie ostatnich miesięcy.

Dobrze, ostatni post to pierwszy tydzień czerwca. Co było potem?

Z moich zapisków wygląda na to, że wtedy było całkiem dobrze. Przyzwyczaiłem się do pracy, zrobiło się naprawdę przyjemnie. Praca sprawiała, że miałem co robić i nie czułem się beznadziejny. To naprawdę poprawia nastrój. Było co poprawiać, bo nie byliśmy w najlepszych stosunkach z przyjaciółmi. Nie chciałem ich widzieć. Nie odbierałem telefonów.

Z końcem miesiąca straciłem pracę. Właściciele stwierdzili, że jednak nie opłaca im się stanowisko w tej miejscowości. Z tej "okazji" przynajmniej wyszliśmy na piwo z przyjaciółmi i w końcu przegadaliśmy dziwną atmosferę. Od tego momentu zaczęło się między nami polepszać.

Ale nie polepszyło się w sferze zatrudnienia. Dziesiątki telefonów, wysłanych CV, jakieś żenujące rozmowy kwalifikacyjne na proste stanowiska. Nic. Nie oddzwaniali, nie odpisywali, nie dawali odpowiedzi, a jeśli już, to przeczące. To plaga tego zabitego dechami miasteczka. Któregoś razu wchodząc na rozmowę mijałem się w drzwiach z kolegą ze szkoły, tylko pokręcił głową. Pracę mają tylko ci, którym ktoś ją załatwił. 

Między innymi to wpędziło mnie znów do łóżka. Wszystko po staremu. Zarwane noce, patrzenie w sufit, spanie do południa, piętrzący się burdel, czucie się jak pasożyt. Klasyk. Było cięcie się, był atak paniki, było samotne picie, było poczucie, że nie jestem sobą, nie jestem nawet człowiekiem. Nawracająca myśl - jak niewiele ze mnie zostało, z osoby, którą kiedyś byłem. Która coś sobą reprezentowała. Która... miała cechy. Nie umiem siebie określić, opisać, czuję się jak blok plasteliny w mdłym kolorze. Dopasuję się do każdego kształtu - mogę być wszystkim, ale pozostaję nikim. Zostały tylko szczątki dawnej osobowości.

W lipcu były jednak pewne przebłyski.

Po pierwsze, przyszły wyniki matury. Nie mogły być lepsze, to było 100% moich możliwości. Czułem się z tym bardzo dobrze, jednak bez żadnej dumy. Mam taki zapis z tego dnia: "poprawił mi się nastrój, nawet bardzo, cieszyłem się przez kilka dobrych godzin, ale nie byłem dumny. Dumny byłbym, gdybym zdał jakoś niemożliwie, zaskakująco, niespodziewanie dobrze, ponad możliwości. Zdałem tylko zgodnie z możliwościami. Jestem naprawdę zadowolony, mam poczucie zrobienia dobrej roboty. Ale nie jestem dumny". Mimo że ten wpis ma może średnio optymistyczny ton, to było to tylko luźne spostrzeżenie. Tak naprawdę ten dzień był bardzo radosny. I najfajniejsze było to, że cieszyłem się z rodziną. Widziałem szerokie uśmiechy mamy i taty. Uśmiechali się, bo widzieli wysiłek, załamania, książki pod poduszką i ostateczny wynik tej niepotrzebnej paniki. Poszliśmy na lody. Wypiliśmy razem wino. Było fajnie.

Niedługo potem dostałem się na studia. W ogóle to totalnie zmieniłem koncepcję na ostatniej prostej. Miałem iść na inny kierunek, ale jakoś z tydzień przed złożeniem papierów zrobiłem burzę mózgów z mamą i stwierdziliśmy, że ten drugi otwiera więcej furtek. Chyba będzie cięższy, ale staram się o tym nie myśleć. W każdym razie dostałem się. I nie było takiej radości jak po wynikach matury, bo, szczerze mówiąc, totalnie się tego spodziewaliśmy. Nie było ogromu chętnych. Miłe, ale wina już nie piliśmy.

Był też przebłysk zupełnie innego rodzaju. Najbardziej... urocza rozmowa z tatą w życiu. Nie będę tego opisywać, to akurat zapamiętam do końca życia. Pokazał, jak powiedzieć "kocham cię" bez wypowiadania tych słów.

Lipiec był więc rollercoasterem - beznadzieją z przebłyskami radości. I z imprezami co jakiś czas. Nic szczególnego.

Aż do ostatniego tygodnia. Tu zaczynają się nowości. W ostatnim tygodniu załatwiono mi (jak mówiłem, tu nie ma nic bez znajomości) robotę życia. Na pieprzonym Woodstocku. Dzień przed planowanym wyjazdem.

Boże, to była najlepsza rzecz jaka mnie spotkała od strasznie dawna.

*

Przez tydzień żyłem opierając się na wierze w uprzejmość obcych. Większość rzeczy była improwizacją, spontanem, nieprzemyślanym łutem szczęścia.

Spotykałem różne osoby. Kilkanaście kilometrów jechałem z przemiłą panią koło pięćdziesiątki, która pytała mnie, jakie konfitury najbardziej lubię. 

Jechałem najbardziej rozklekotanym autem we wszechświecie, modląc się, żeby biegiem pakowana torba z ciuchami i zupkami chińskimi nie spadła z przyczepy. Nigdy w życiu nie byłem bardziej rozbawiony.

Najpiękniejsze godziny spędziłem w samochodzie trzech facetów jadących już bezpośrednio na festiwal. Kiedy się zatrzymali, wahałem się tylko sekundę. Mieli czerwone twarze, skórzane kurtki, Zbyszek miał białe włosy spięte w kitkę. Jazda z nimi to była najlepsza rzecz, jaka mogła mi się przydarzyć.

Słuchaliśmy Pink Floydów. 

Jechaliśmy drogami, których nie zna GPS. 

Zatrzymaliśmy się odlać przy polu słoneczników.

Raz musieliśmy spychać auto na stację benzynową.

Paliliśmy skręcane przez Marka papierosy.

Nic w życiu nie dało mi takiego poczucia wolności, jak ten jego papieros trzymany w dłoni wyciągniętej za okno na pustej drodze.

Wiatr huczący w uszach, targający włosy.

Słońce rażące w oczy.

Wiem, brzmi jak przewidywalny film, ale to naprawdę mi się przydarzyło. Dlatego to tak piękne. Ciągle chciało mi się śmiać. Uśmiech nie schodził mi z twarzy.

Jaką radość dawała mi jazda z dopiero co spotkanymi ludźmi, którzy nie wyglądali jak pierwsza osoba, której byś zaufał. 

Jak szczęśliwy byłem, nie wiedząc gdzie jestem i gdzie właściwie będę spać tej nocy.

Tak, w końcu byłem absolutnie szczęśliwy. Po miesiącach. Czyste szczęście. Pełna radość.

Cały ten tydzień był świetny. Praca niemal nie wydawała się pracą - w takim miejscu, wśród takich ludzi, żadne obowiązki nie są uciążliwe. Jedynie sprawa bycia uziemionym na kilka godzin była czasem ciężka do przebolenia, gdy widziało się z daleka, jak świetnie bawią się ludzie pod sceną i że będzie można do nich dołączyć dopiero później. Ale to nic. To zupełnie nic.

Ta wszechobecna życzliwość. Chłopaki z patrolu nosili mi pierogi. Dwie hipiski codziennie wieczorem robiły mi herbatę. Ten jeden metal, który nazywał mnie królewiczem i częstował papierosem na przerwie. Coś wspaniałego.

Tydzień bez wejścia do budynku z prawdziwego zdarzenia. Tydzień chodzenia dwóch kilometrów, żeby dostać się pod prysznic. Tydzień, podczas którego nie jeden raz dupę ratowali mi ludzie, których nawet nie zdążyłem zapytać o imię. Cudowne.

Ale głównie ta droga stanowi moje nowe najszczęśliwsze wspomnienie. Przydrożne pola usłane belkami siana. Śmiech do łez z prostackich żartów. Ten mocny tytoń. Ten ciepły wiatr. The Rolling Stones zaraz po Pink Floyd.

Szczęście, wolność, beztroska. 

To będzie nowe wspomnienie "napędowe". Takie, które sprawia, że chce się żyć. Poprzednie pochodzą sprzed... jakichś trzech lat, te najmocniejsze. Zdecydowanie przyda się takie nowe.

*

Po tym wyjeździe sprawy mają się raczej w porządku. 

Moje urodziny przespałem, byłem mimo wszystko wykończony po tej wyprawie. Właściwie to dobrze, bo byłyby beznadziejne. Życzenia złożyło mi tyle osób, że możnaby je policzyć na palcach jednej ręki, co jest dość przykre, ale przejąłem się tym jakoś bardzo.

Od tego czasu nie działo się nic szczególnego. Byłem na kilku imprezach, a czasami wolałem zostać w domu. Ale nie ma w tym rozpaczy. Jest raczej spokój.

Było kilka miłych chwil z przyjaciółmi. Przede wszystkim noc Perseidów. Leżeliśmy wiele godzin na mokrej trawie pod ciemnym niebem, rozgrzani winem, a każdy meteor wywoływał głośny zachwyt. Jednak czegoś mi brakowało. 

Prawdopodobnie obecności kilku osób. A dwóch w szczególności.

Właśnie. Martwię się o Mateusza.

Zaczął się u niego bardzo ciężki okres. Dawno już nie było tak źle. On nie miał tyle szczęścia ze studiami. Ma też problemy w rodzinie. Przestał wychodzić, boi się ataków paniki przy nas. Jest prawie tak źle jak przed leczeniem. Już wrócił na leki i psychoterapię. Mam nadzieję, że to wkrótce zadziała i będzie lepiej.

A ja... No cóż. Wcale się nie zapisałem. Okłamuję i Was, i siebie. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz.

*

Na tę chwilę czuję się całkiem dobrze. Postaram się oczywiście w końcu Wam odpisać. Nie jestem już w super szczęśliwym punkcie, ale bardzo daleko mi do rozpaczy. Czuję spokój. Luz. W tym tygodniu jedziemy na małe wakacje z rodziną. Mam nadzieję na dobrą pogodę.

To chyba tyle.

Enter.

poniedziałek, 7 czerwca 2021

Powódź

Jestem sobą ciągle zażenowany. Z jakiegoś powodu wszystkie, nawet najdrobniejsze pomyłki sprawiają, że siebie gnoję. Mam ochotę zapaść się pod ziemię po każdej najmniejszej wpadce. Zacząłem czuć irracjonalny strach, że moi (bardzo wyrozumiali) pracodawcy wyleją mnie z pracy za małe, głupie błędy. Bo czuję się tępy, nieporadny. Każdą wtopę rozpamiętuję godzinami. Zresztą boję się wyjść na idiotę nie tylko w pracy. Wstydzę się rozmawiać z ludźmi, pytać, mówić. Cokolwiek robię - wstydzę się siebie. Jest mi potwornie niezręcznie z tym kim jestem, jaki jestem, jak wyglądam, co sobą reprezentuję. Chciałbym być niewidzialny.

Dodatkowo mam stałe przeczucie, że jestem jak bezwartościowy pasożyt. Gdy tylko mam wolne, czuję, że marnuję czas. Mimo że boję się swojej niewystarczalności, pomyłek i jest mi potwornie niekomfortowo z samym sobą, to wręcz chciałbym znaleźć kolejną pracę. Na weekendy. Na wieczory. Na noce. Chciałbym non stop pracować. Ciągle boję się, że robię za mało. Nie wiem co mogłoby sprawić, że uwierzyłbym, że jestem wystarczający.

*

Dziś czuję, że schodzę coraz głębiej w szambo myśli. Nie wiem co zrobić ze sobą. Czuję się taki głupi, ułomny, wybrakowany. Zaczynam wątpić we wszystko, co sobie ustaliłem chociażby w sprawie studiów. Przyszłość nie rysuje się kolorowo. Ogólnie rezygnuję z coraz większej liczby rzeczy. Cele gasną. Umierają marzenia. Nie tylko te wielkie. Poddaję się, rzucam nawet najprostsze, nieodległe i łatwe do zrealizowania plany, które wymagają niewielkiego wysiłku. Przestaję organizować swoje drobne wyjazdy. Odwołuję obecność na imprezach. Anuluję rezerwacje biletów do kina. Wszystko, co nie jest tylko prostym wyjściem do pracy i powrotem do domu, wydaje się mieć tak wiele przeszkód i tak niewiele sensu.

Ale dobrze mi w takiej izolacji. Nie chcę się teraz z nikim widywać. Moi przyjaciele - coś bardzo złego dzieje się między nami. Widzieliśmy się ostatnio parę razy i za każdym atmosfera gęstniała. Wyszły na światło dzienne różne przykre sprawy. Niektórym całkowicie przestałem ufać. Parę dni temu śnił mi się koszmar o tym, jak każdy z nich po kolei robił mi potworne świństwa. Jedna scena wyryła mi się w pamięci cholernie dotkliwie. Boże, widzę to do tej pory za każdym razem, gdy zamykam oczy. Najgorsze jest to, że w ogóle nie byłbym zdziwiony gdyby okazało się, że to nie był sen. I to chyba niezbyt dobrze świadczy o sytuacji jaka między nami wszystkimi panuje.

Najśmieszniej wygląda sprawa z Grześkiem. Wiem, że to nic poważnego, nie powinno mi być przykro o traktowanie mnie jako zabawkę. Bo to przecież to jest zabawa. Ale porzucona zabawka to mimo wszystko śmieć. I tak się czuję.

*

Nienawiść to częste uczucie. Do całego świata i do samego siebie. Znowu standardem są myśli samobójcze w odpowiedzi na jakiekolwiek problemy. Znowu wchodzi bardzo potężna autodestrukcja. Robienie sobie krzywdy znowu jest codziennym rytuałem. Doskonale wiem, że wrócę do samotnego picia, czego w miarę udało się uniknąć przez jakiś czas. Ale z kim teraz pić? Poza tym najchętniej przyćpałbym coś. Wszystko, co odetnie mnie od rzeczywistości albo zrobi mi krzywdę brzmi teraz wspaniale.

"Too often, the only escape is sleep".

*

I jest jeszcze jedno. Właściwie może to być źródło połowy całego cyrku, jaki mam w głowie.

Tak straszne, ogromnie silne, piekielnie bolesne poczucie bycia zawodem dla rodziny. 

Może byłoby mi lepiej, gdybym czuł się kochany w tym domu. Boże, gdyby ktoś mnie czasem pochwalił. Gdyby ktoś mi powiedział, że to co robię jest wystarczające. Że nie musiałem kiedyś siedzieć po nocach w walce o pasek na świadectwie, że nie musiałem sprzątać domu trzeci raz, że nie muszę szukać drugiej pracy. Gdyby ktoś się mną kiedyś zajął. Gdyby ktoś mi powiedział, że mogę liczyć na ich wsparcie. Bo za cholerę nie uwierzę, że mogę. Mogę liczyć tylko na siebie. I mam sobie poradzić sam. Taki jest mój obowiązek. 

Przynieść dumę - to zawsze był mój desperacki cel. Żeby dostać dzięki temu jakieś okruszyny miłości. Żeby mnie chociaż pogłaskali po głowie za wygranie konkursu na obrazek w podstawówce. Żeby powiedzieli, że chociaż "nieźle" mi poszło. To były maksima. Tylko to pamiętam. Na nic więcej nigdy się nie zdobyli.


Jest tak wiele sprzeczności w tej głowie. I we wszystkim, co napisałem w ciągu tych paru dni. Może to nie ma sensu. 

Chciałbym, żeby miało.

piątek, 28 maja 2021

Rysy

Czuję, że jestem na skraju wytrzymałości.

A pozornie wcale nie ma dramatu. Jakoś funkcjonuję. Wstałem, zrobiłem coś.

Ale tej nocy... Co za chore myśli.

Myślę o śmierci. Nie mogę odgonić się od wyobrażeń, że moja siostra umiera. Nie wiem dlaczego. Już dwa razy zajrzałem do niej, żeby posłuchać jak oddycha. 

Nie wiem co mi jest. Tak strasznie chce mi się płakać

Myślę o tym, że nigdy nie będę już szczęśliwy. Może życie nie będzie ani trochę spełnione.

Myślę o swojej śmierci. Znowu przez głowę przechodzą mi wszystkie sposoby jak to zakończyć. Ale bałbym się.

Tej nocy boję się wszystkiego. Nie wiem co się dzieje.

Myślę o tym, że się nie pozbieram. 


Nie będę tu pisać, kiedy odbędzie się wizyta u psychiatry. Nie będę znów zapeszać. 

Jest bardzo potrzebna.

środa, 26 maja 2021

Płytkości

Są takie rzeczy, o których się nie mówi.

O piętrzącej się stercie brudnych ubrań.

O wszechobecnym syfie.

O tłustych włosach.

O bolącym pęcherzu, bo wstawanie do toalety jest tak trudne, że wstrzymuje się mocz jak najdłużej.

O mdłościach z głodu, które ponownie po prostu się przesypia, bo zrobienie jedzenia jest za trudne.

O niemyciu zębów przez tydzień.

O butelkach pod łóżkiem.

O brudnych prześcieradłach.

O tym, że czuje się, jak umierają szare komórki.


Już w pewnym momencie myślałem, że powoli przechodzi. Umyłem się, zmieniłem pościel, wyniosłem śmieci. Wsiadłem w autobus, żeby trochę wrócić do świata żywych, spotkać się z Mateuszem, przejść się.

Na przystanku straszny dyskomfort, po czterech przystankach początek ataku paniki. Dziękuję, do widzenia, wysiadam, wracam do domu.

I znowu jestem w łóżku. Z całą mocą dotarło, że zdecydowanie nie przechodzi. Przeliczyłem się tym razem.


Bo po jakimś czasie życia z tym czymś, cokolwiek to jest, już zna się pewne schematy.

Wiesz, że zacznie się niespodziewanym wstaniem po 15 godzinach snu, mimo że wcześniej zegar biologiczny się uspokoił.

Potem będzie bardzo szybko maleć energia, następny dzień już będzie całkowicie spędzony pod kołdrą.

Gdzieś tutaj przestaniesz odpisywać przyjaciołom, od tego momentu przez długi czas nie odezwiesz się do nikogo. Za chwilę zacznie się zarastanie brudem i bałaganem.

Następne w kolejności jest zupełnie załamanie, pocięcie się, myśli samobójcze, kilka dni absolutnej rozpaczy.

Potem będzie faza beznadziei, zapewne sie upijesz. Ten okres będzie wydawał się nie mieć końca. Może nawet wyjdziesz z domu, będziesz chodzić po odosobnionych miejscach i myśleć o przykrych rzeczach. Bo tu już wzrasta energia, ale myśli pozostają najgorsze.

Zaczniesz powoli odbierać telefony, ale tylko na krótkie i ważne rozmowy. Będzie przez ciebie przemawiać nienawiść do siebie.

Za jakiś czas wszystko zacznie się uspokajać i przestaniesz czuć cokolwiek. Będzie ci wszystko jedno. Za parę dni życie zacznie wyglądać normalnie, cokolwiek to znaczy. Spotkasz się z przyjaciółmi nie będąc wciąż do końca sobą, ale przynajmniej cię zobaczą.

Za kilkanaście lub kilkadziesiąt dni zacznie się za to faza zupełnie odwrotna, gdzie nie będziesz wcale potrzebował snu, produktywność osiągnie szczyt, a nastrój będzie tak dobry, że mógłbyś zorganizować niekończącą się imprezę.

I tak w kółko. Już tyle lat.

Głupie to.

Nie spodziewałem się, że dziś coś takiego napiszę. Chyba poczułem się samotny. Czasem lubię opowiedzieć coś klawiaturze.

Ale teraz, po raz kolejny tej doby, dobranoc. Chciałbym, żeby nic mi się nie śniło.

piątek, 21 maja 2021

Mount Everest

Minął równy miesiąc od ostatniego wpisu. Cóż za wyczucie czasu.

Powoli ogarniam zaległe maile. O dziwo mam na to siłę, chociaż dziś jestem w bardzo słabym miejscu.

Po kolei.

Od ostatniego wpisu nie zalogowałem się już ani razu na lekcje. Wstawałem rano, uczyłem się sam. Udało się ze wszystkim wyrobić. A dni były różne. Zdarzały się całkiem dobre, produktywne, ale w większości nie opuszczałem łóżka. Zasypiałem na repetytorium z geografii. Czasem nie robiłem zupełnie nic.

W każdym razie jakoś się udało. W dniach matur starałem się ze wszystkich sił utrzymać znośny nastrój, nawet mi to wyszło. Po prostu wypiłem przez te dwa tygodnie większe ilości kawy niż kiedykolwiek wcześniej. No i poszło całkiem nieźle. Wiem, że wszystko zdałem, dokładne procenty trudno przewidzieć. Na pewno nie będą całkowicie satysfakcjonujące. Trudno. Nie dałbym rady zrobić już nic więcej.

Do 13 maja, dnia ostatniej matury, było więc... Tak sobie. Klasycznie wręcz. Głównie mało energii, średnie dni, czasem nieco lepsze, chwile normalności. Nic, co normalnie mogłoby spowodować "zniknięcie". Nie było mnie więc głównie dlatego, że faktycznie nie chciałem myśleć o niczym innym niż o maturze. W mojej głowie była tylko nauka. I spanie.

A kiedy już było po wszystkim i oddałem ostatni arkusz, cóż, przestaliśmy mieć skrupuły. 

Nie wiem. Jakoś wszystko mi puściło. Już nie było nic do nauki, do martwienia się. Mogłem odpuścić. Przestało mi zależeć, żeby utrzymać się przy prawidłowym funkcjonowaniu. Bo po prostu nie było już nic do zrobienia, skończyły się oczekiwania, wymagania, zamartwiania.

Mogłem znowu rzucić się na dno, gdzie moje miejsce.

Wtedy zaczęliśmy pić. W końcu było tyle okazji. Ukończenie szkoły, napisanie egzaminów, urodziny koleżanki, kolegi.

I od tego momentu błyskawicznie zacząłem lecieć w dół, w dół, w dół...


Wpadłem w chorą spiralę alkoholu, seksu, narkotyków, imprez od rana do nocy, pełnych ciężkiego dymu z papierosów bez filtra.

Nie chciałem przestać.

Budziłem się w południe albo w środku nocy. Czasem obok obcych ludzi. Czasem w swoich rzygach. Najczęściej jednak nagi i obok Grześka.

Rodzice nie mieli pojęcia, oficjalnie byłem w domku nad jeziorem, tak jak często się robi po egzaminach. W rzeczywistości wciąż byliśmy w mieście, codziennie spaliśmy u kogoś innego, czasem w autach albo garażach.

Od jakiegoś czasu jestem w domu. Było znośnie, ale dziś już nie wyszedłem z łóżka. Wróciło wszystko co najgorsze. Nawet nie chodzi o to, co się działo na udawanym wyjeździe. Nie myślę o tym.

To znowu ogół. Ogół strachu, smutku, samotności, bólu.

W głowie mam teraz wspomnienia z najgorszego czasu w życiu. Myślę o zaszyciu się w ciemnym pokoju, myślę o wręcz fizycznym bólu, który czułem. I to wszystko sie teraz powtarza.

Mogę spać cały dzień. Mogę nie jeść cały dzień. Bo jestem beznadziejny, niechciany, głupi, obrzydliwy, niepotrzebny. Niepotrzebny. Bardzo niepotrzebny.

Myśli samobójcze? Trochę. 

Myśli o żyletkach? Już nie myśli, pociąłem się po nogach. Za późno na ręce, zaraz lato. Na nadgarstku cały dzień noszę gumkę recepturkę, stara sztuczka autoagresywnych. Już dwie pękły od strzelania.

Co teraz będzie? Teraz nic. Idę spać.

Czy pójdę do psychiatry? Nie chcę znowu zapeszyć, ale tak, jak tylko zacznę pracę i ustalą się godziny w grafiku. Tak, mimo wszystko udało mi się znaleźć pracę. Potrafię dużo ukryć.

Czy długo będę się tak czuł? Za cholerę tego nie przewidzę. Mogę jutro się obudzić i wszystko będzie w porządku, a ten post będzie wydawał się śmieszny. Naprawdę.

Chyba tyle.

Witam ponownie.

środa, 21 kwietnia 2021

Podmuch

Jestem wykończony huśtawką. Nie wiem nawet w jaką stronę to zmierza. Będzie teraz lepiej? Będzie gorzej?

Ostatnich parę dni to minimalne wzloty i upadki. Najbardziej pozytywne jest to, że zmusiłem się do nauki. Codziennie jeden dział. Teraz z całej siły staram się tego nie zaprzepaścić. Już nie mam czasu na przerwy.

Jeden dzień jest okej, następny już słaby. Naprawdę nic nie da się przewidzieć. 

Mam największe w historii zaległości w skrzynce odbiorczej. Dajcie mi jeszcze parę dni, odpiszę. Tak trudno się do tego zabrać.

Jestem bardzo zaplątany.

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Twarz

A dziś dla odmiany było źle. I nie wiem dlaczego. 

Poszedłem do lasu. Drzewa skrzypiały i trzeszczały, uginały się poruszane silnym wiatrem.

W pewnym momencie, już bardzo w głębi lasu, stanąłem na środku polany i pomyślałem, czy się tam nie powiesić. Tak po prostu.

Podobało mi się myślenie o tym. O przygotowaniu. O wiązaniu liny. 

Dlaczego? Dlaczego...

Nie wiem, jak napiszę tego posta. Trudno mi się wysłowić. Nie wiem, jak przekazać to, co mam na myśli.

Może nie wiem co mam na myśli.

I nie wiem po co to przekazywać.

Jest mi tak potwornie głupio. Moje uczucia nie mają sensu, nie mają prawa bytu.

Nic nie ma sensu.

Rozmyślania nie mają sensu.

Pisanie tutaj nie ma sensu. 

Już naprawdę nic mi to nie da. Treść postów się powtarza. Wiecznie to samo. Cały czas to samo, robię to samo, czuję to samo, cyklicznie, ciągle powtarza się stary schemat.

Wasze rady też się powtarzają. To oczywiste. Co innego tu mówić? To przecież jasne.

A ja, oczywiście, wiecznie ich nie słucham.

Może ja nie chcę być szczęśliwy. Może ja się sabotuję. Może ja nigdy nie pójdę na terapię. Może ja

Ja mam przede wszystkim siebie dość. Chciałbym teraz stracić przytomność i obudzić się, jak świat znowu będzie choć trochę zrozumiały.

*

Sen - 18 godzin. Jak sobie zażyczyłem, tak się stało. Wczoraj kilka minut po zamknięciu przeglądarki zgasło mi światło.

To była chora noc. 

Noc? Zasnąłem po południu, obudziłem się grubo po północy, nie wiedząc gdzie jestem. Potem budziłem się o świcie i przed południem. Śnił mi się ocean.

Jestem roztrzęsiony. Nie wiem co się dzieje.

*

Ja nawet nie zasługuję na śmierć. Samobójstwo byłoby śmieszne.

Mam zwykłą rodzinę, takie sobie relacje, dobre oceny, z daleka normalny człowiek.

ALE TAK MI TU ŹLE.

*

Będę się ciąć? 

Jestem od tego o włos. Już niedługo. Zawsze to przeczuwam.

Ten rollercoaster jest absurdalny.

Miałem potworną noc. Cały czas na skraju świadomości, więc przyszły omamy. Głosy, syreny, syczenie, melodie. Pod powiekami przerażające rozbłyski.

Wycieńczenie.

Opuszczam szkołę, znowu! Super!

Żałosne

*

Bezużyteczny śmieć. Teraz przypominam najgorsze jednostki, nieprzydatny margines, wegetujące coś.

Zużywam tlen i miejsce.

Czuję zabójcze wyrzuty sumienia, że w ogóle istnieję. Nie zasługuję. Nie powinienem.

*

Piszę to szósty dzień.

Za każdym dniem jest inaczej. Wstaję i nie wiem, nie przewidzę, co będzie. Rano jest dobrze, po południu dramatycznie, wieczorem dobrze, w nocy źle. Dowolne kombinacje.

*

Piszę to od tygodnia.

To tylko strzępki, kawałki, wyrzut nagłych myśli. Nie zredaguję ich. Po prostu wrzucę takimi, jakie są. Nie ważne, czy mają sens. 

Nic go teraz nie ma.


sobota, 3 kwietnia 2021

Synestezja

Jeszcze jeden dzień, kiedy wszystko było dobrze. Niesamowite.

Moje myśli nie były słowami, były raczej obrazami, muzyką, dźwiękami, oddechami.

Pastele na niebie. Wiatr huczący w uszach. Poezja.

Nie ma sensu artykułować zdań. To nie słowa, to barwy, to światło, to powietrze, to zapachy, to śpiew ptaków, to ślady zwierząt.

Ja tego opisywać nie chcę. Chcę tylko zapamiętać.