czwartek, 6 stycznia 2022

Kafelki

Białe kafelki w łazience.

Chce mi się rzygać na myśl o tym życiu.

*

Nie zalogowałem się dziś na wykłady. Bez powodu. 

Z jebanego lenistwa, ot co.

Nie wstałem z łóżka. Spałem przeważającą część dnia.

W nocy było mi tak źle. Znowu te myśli: to już koniec.

Żyję tak potwornie poniżej własnych i cudzych oczekiwań. 

Mógłbym mieć pracę. Mógłbym mieć nowych znajomych. Mógłbym już sobie dawno kogoś znaleźć, długo jestem sam. Mógłbym się zdecydowanie częściej uczyć.

Boję się przyszłości. Nic mnie do niej nie ciągnie, nie zachęca. Wszystko przeraża i odpycha.

I zero wsparcia u najbliższych.

*

Zastanawiam się, czy inni ludzie też tak źle i głupio się czują, gdy obrócą czyjeś zwierzenia w temat o sobie. Bo ja tak.

Oni najwyraźniej nie.

*

Przedłużyli mi zdalne. Wkurw nie do opisania. Zbankrutuję, jeśli chcę zatrzymać miejsce w akademiku.

A raczej, oczywiście, rodzice zbankrutują. Jak zawsze jestem ciężarem.

Zaczynam tonąć. Pracy jest coraz więcej, a ja czuję się potwornie.  

Nadchodzi tsunami.

*

Jak to się dzieje, że ludzie są szczęśliwi? Boże, no jak? Nie mogę w to uwierzyć. Nie byłem szczęśliwy od lat. Od dzieciństwa.

Jak to jest być dorosłym, radzącym sobie, samodzielnym człowiekiem?

Jak to jest nie czuć się jak najgorsze gówno każdego dnia?

*

Nie wiem od kiedy to piszę. Jest źle. Jest po prostu zaskakująco, miażdżąco źle. 

Odpiszę Wam na maile, obiecuję, już naprawdę niedługo.


Westchnienie

W tym roku chyba nie było najlepiej.

Muszę sobie to wszystko spisać w jednym miejscu. Muszę kontynuować moją małą kronikę, żeby cokolwiek zapamiętać.


W styczniu dni były w porządku. Pamiętam, że wtedy ćwiczyłem. I robiłem zadania z matmy na kacu.

No bo właśnie, co chwilę byłem pijany.

Wieczory nie były w porządku.

Zacząłem pić sam. Dzień w dzień. 

Cały styczeń spędziłem nietrzeźwy. Ferie czy szkoła, wieczorem musiałem się napić. Nie mogłem zasnąć bez tego.

Chciałem się odciąć. 

Zatracałem się w psychodeli, nie chciałem przestać, mimo że wcale nie było mi dobrze. Często było trochę strasznie. Po prostu nie myślałem o tym wszystkim, co działo się w mojej głowie. I to miało wystarczyć. Pij, zaśnij, nie myśl.

A od lutego zaczęło się to, co jeszcze wielokrotnie się przewinie w tej opowieści. Omijanie lekcji, niewstawanie z łóżka, burdel. Przygniatający ciężar.

W marcu i kwietniu podobnie. Czasem przebłyski słońca. Zmuszenie się do nauki i w dużej mierze odstawienie picia. Odliczanie do matury.

W Wielkanoc natrętne myśli samobójcze.

Pod koniec było już bardzo ciężko. Nie logowałem się na lekcje. Spałem na książkach. Czasem tylko tyle mogłem zrobić.

Ale wyrobiłem się. Napisałem w maju to cholerstwo. Okazało się, że to więcej straszenia niż faktycznego stresu.

No to na zupełne odstresowanie popłynęliśmy. 

Niekończąca się impreza, od rana do nocy, z całym dobrodziejstwem inwentarza. Kilka dni absolutnego braku kontroli. Powrót do alkoholu z całą mocą.

Przy mnie zawsze Grzesiek.

Zmiana - teraz to noce były w porządku. Co chwila domówka. Picie do oporu, ale w towarzystwie.

Dni okropne. Sam na sam ze sobą - tym człowiekiem, którego dawno przestałem poznawać. Pod koniec maja spotkanie z żyletką.

Było źle. Zaciągnięte zasłony, niezmieniona pościel, stos brudnych ubrań na podłodze. Mój jedyny widok przez całe dnie.

Bo wtedy zaczęło się coś psuć. Nasze wyjścia kończyły się kłótniami. Wyszły nierozwiązane sprawy. Zaczęły się pretensje. Imprezy się skończyły.

Izolacja. Było ciężko.

Ale mimo wszystko znalazłem sobie gówno-prackę w czerwcu, w której końcowo spędziłem o wiele mniej czasu, niż obiecano, że będę mógł i trochę oszukano mnie na pieniądzach. Oczywiście bez umowy. 

Od lipca poszukiwania kolejnej. Bez szans.

Ale wtedy też chyba jeden z najbardziej pozytywnych akcentów w tym roku: wyniki matury. Niedługo potem przyjęcie na studia.

Zbiegły się miłe okazje. Trzeba było się pogodzić z przyjaciółmi.

I znowu zacząć chlać.

Na przełomie lipca i sierpnia zdobyta rzutem na taśmę robota na Woodstocku. Zajebisty tydzień. Przeżycie z gatunku niezapomnianych, a nawet nierealnie filmowych.

Wróciliśmy w moje urodziny. Rozpakowałem się i poszedłem spać.

Tydzień później noc spadających gwiazd. Nie tylko spadały, ale się kręciły po kilku butelkach wina. 

We wrześniu na samym początku kompletne zeszmacenie się na imprezie i poczucie winy. Znienawidziłem siebie kolejny raz. 

Na następnej imprezie uparcie piłem soczek.

Potem przyszedł on. Rozłożył mnie jedną rozmową. Dawno nikt tak pięknie do mnie nie mówił. Rozpuszczał nienawiść minuta po minucie.

Nie opuszczał mnie na krok. Dał mi coś, co ja też w kolejnych tygodniach miałem zawsze pod ręką. Mój mały talizman, pokazujący mi, że mam przyjaznych mi ludzi.

Najpiękniejszy wieczór moich najdłuższych wakacji.

Potem już zaczęło się robić słabo.

Bo zbliżał się październik.

A ja zacząłem panikować.

Studia, nowość, wyprowadzka, większa samodzielność, a przy tym brak wiary i wsparcia otoczenia.

Ataki paniki, nocne bezdechy, ciągłe zamartwianie.

Ciężki pierwszy tydzień października. Naturalny strach przed zmianą.

Ustabilizowało się. Pod koniec było w porządku.

Tylko nadeszła plaga, której nigdy nie znałem w takiej skali: samotność.

Zupełnie nowi ludzie, którzy niezbyt mnie polubili. 

Czasami dni bez zamienienia słowa z kimkolwiek.

Ogromne poczucie odstawania od reszty.

Na końcu października było jeszcze Halloween u mnie. Bardzo fajnie. Wygłupy, przebieranki, wino i taniec.

Ogarnęliśmy z Grześkiem zgonujących i poszliśmy spać razem. Zanim zasnęliśmy, długo rozmawialiśmy o wszystkim i o niczym. Twarz przy twarzy w ciemności.

Dla nas było to niecodzienne. Byliśmy tylko romansem zrodzonym z wódki i letnich nocy.

I mimo że nic się tym razem nie wydarzyło, to wydarzyło się dla mnie więcej niż kiedykolwiek.

Pomyślałem sobie za dużo, ale nie trwało to długo.

Jeszcze w listopadzie uświadomił mi, że nie powinienem na nic liczyć.

Sięgnąłem po wódkę pierwszy raz od września.

Od tego wieczoru nie potrafię już nosić "talizmanu", który mi dał.

Było mi dosyć smutno.

W grudniu byłem już na nauce zdalnej. Wróciłem do domu. Na początku nie było tak źle, jak sądziłem, że będzie.

Niestety szybko zaczęło mi się robić za wygodnie w domu.

Jeszcze bardziej zamknąłem się w sobie. Na stacjonarnych przynajmniej widziałem ludzi na żywo. Teraz gadam do laptopa. Nie chce mi się uczyć. Zajęcia mnie irytują. Z niecierpliwością wyczekiwałem przerwy świątecznej. Chciałem odpocząć, mimo że ani nie miałem od czego odpoczywać, ani na to nie zasługiwałem.

Święta minęły dość szybko i w atmosferze zupełnie dla mnie nowej. Chyba po prostu po raz pierwszy z perspektywy zupełnie dorosłego człowieka. Czułem się gospodarzem, nie dzieckiem-gościem. Ale to było w porządku. Nie mogłem doczekać się dawania prezentu, o otrzymaniu w ogóle zapomniałem.

Rodzice chyba szczerze ucieszyli się z mojego podarunku, szczególnie mama. Pokazywała go wszystkim gościom, targała go do stołu w każdy dzień świąt. Sentymentalna jest widocznie. Wystarczyło parę wspólnych zdjęć z wycieczek w kalendarzu. Teraz mam jej taki robić co roku.

Od świąt lekki powrót do samotnego picia wieczorami.

Nie zrobiłem niemal nic produktywnego, same najważniejsze rzeczy, mimo że mógłbym nadrobić pewne zaległości.

Nie. Po prostu nie. Spałem całymi dniami.

Właściwie zrobiło się bardzo źle na samej końcówce roku.

W Sylwestra wiedziałem, że się schleję, taki był plan. Wypalił.

Było trochę dziwnie z Grześkiem. Po prostu mało się do siebie odzywaliśmy. 

Wszyscy tańczyliśmy, piliśmy szampana na ulicy, patrzyliśmy na fajerwerki. 

Czułem, że jest między nami wszystkimi zdecydowanie mniej silna więź niż rok temu.

I tak to minęło. 

Widzę teraz, że to był słaby rok. Prawie zero szczęścia. Tylko smutek, złość, zagłuszanie, pustka. 

W tym roku nie oczekuję niczego. Niczego sobie nie życzę.

Niech przyjdzie co ma przyjść, szybko, niech nie boli.


wtorek, 28 grudnia 2021

Prysznic

Nienawidzę być szczerym, ale teraz będę.

Strasznie dużo kłamię. Na każdym kroku.

Ale gdy powiem prawdę, to czuję się jeszcze gorzej. 

Prawda jest naga, skrępowana, ohydna.

I wszystko co mówię nie przynosi żadnych konsekwencji.

Piszę, że jestem złym człowiekiem. Ale nie z zamiarem zmiany. Nie z obietnicą poprawy.

Dobrze mi, gdy mi źle.

W ten sposób zostaję sam i robię sobie bałagan w głowie, ale to o wiele prostsze, niż zmiana.

I brakowałoby mi tego. Kim bym był bez mojego bólu?

Bólu, który sam tworzę.

Byłbym nikim. Jeszcze bardziej niż teraz.

To wszystko jest tylko po to, żeby poużalać się nad sobą. 

Zatopić się w żalu i nienawiści.

Życie bez tego wydaje się dziwne i puste.

Czy życie bez desperacji, złości i obłędu nie jest nudne?

Czy szczęśliwe życie nie jest nudne?

Czy ludzie są szczęśliwi? Nie mogę w to uwierzyć. Jak?


Ja tylko zanurzam się głębiej we własnym bagnie.

Pasuje mi tylko gnicie tu. Najlepiej z widownią.

Nawet wtedy nie jestem zadowolony. Widownia rzuca koła ratunkowe. Ja je ignoruję. Denerwują mnie. Zawsze znajdę wymówkę.

Taka jest najżałośniejsza prawda. 

Tu nie chodzi o zmianę. Nigdy się nie zmienię.

Sabotuję sam siebie.


Boże, jak ja siebie nie znoszę.

OBRZYDLIWE. ŻENUJĄCE. OHYDNE.

Opuchlizna

Jestem złym człowiekiem. 

Niekontrolowanie odpycham, z całej siły, czynami i słowami. Czasem sam sobie się dziwię - skąd ten jad?

Straciłem wielu przyjaciół przez to, że ich odrzuciłem, skrzywdziłem gorzkimi słowami albo zniknąłem, nie odzywając się przez piekielnie długi czas.

Czuję, że nie mam nikogo naprawdę bliskiego. 

Moja wina. Chyba. Tak, to ja to zepsułem do reszty. Ale zrozumienia czy zainteresowania z ich strony nie było od dawna.

Wow, teraz będę się usprawiedliwiał z bycia chujem. 

W sumie... Typowe, Łukasz. Zajebiście to do ciebie pasuje.

Wielu odeszło, ktoś został, ale to wszystko zmierza w stronę przepaści.

Jestem złym człowiekiem. Podłym. Nieczułym. Głupim.

**

Zaczynam pić. Na razie trochę. Na razie sam. Czekam z niecierpliwością na najbliższą okazję, żeby zobaczyć się z tymi, którzy jeszcze chcą mnie widzieć i schlać się do nieprzytomności.

Bardzo za tym tęsknię. Za imprezami co parę dni. Tęsknię za wirującym światem, głośną muzyką, długimi nocami.

Często wspominam te dni.

**

Nie znoszę siebie.

**

Nigdy nie byłem bardziej samotny. Chyba zmieniłem się. Ludzie mnie nie lubią. Odstaję.

Pierwszy raz w życiu czuję się tak niepewnie.

Nie pasuję.

**

Zasypianie znów stało się przerażające. 

Parę minut sam na sam ze sobą - straszna perspektywa.

Całe dnie oczy wlepione w ekrany. Obejrzałem dziesiątki filmów, z których nic nie pamiętam. 

Życie jest mdłe. Możliwe, że mówiąc to proszę się o kłopoty.

Święta były... inne niż zazwyczaj. Nie tak wspaniałe jak w dzieciństwie, ale nie tak potworne jak czasami potrafiły być. Były miłe. Spokojne. Bardzo wyważone. I szybko minęły. Przynajmniej zapewniły zajęcie na parę dni.

Teraz będzie gorzej. Powoli w dół.

**

Jest nieznośnie pusto i mdło.

Jedyne, czego teraz chcę, to wyłączyć świadomość. Przespać te dni. Bez snów.

Czekam na Sylwestra. Będzie albo znośnie, albo bardzo źle. 

Nie widziałem się z Grześkiem od bardzo dawna. Nie wiem do końca jak będziemy na siebie reagować.

Zamierzam pić. Chlać. Do zgonu.

Ja chyba tak muszę. 

Gdy życie przez jakiś czas się nie rozpada, a świat nie wali na głowę, to czuję, że coś jest nie tak.

Że czegoś brakuje.

Jestem swoim najgorszym wrogiem.

niedziela, 5 grudnia 2021

Alarmy

No, to za wiele nie postudiowałem. 

Mój wydział przeszedł na naukę zdalną. Nie znoszę tego. Od razu spadła jakość nauczania. I spadnie motywacja, nie oszukujmy się. 

Wróciłem do domu. Wróciłem do starego trybu życia.

Nic dobrego z tego nie będzie.

W sumie nie wiem, co jeszcze chcę powiedzieć. Chyba wiele rzeczy. Tylko to wszystko jest bardzo poplątane. Będę wypluwał to, co uda mi się rozplątać. 


Nie śpię zbyt dużo.

Jestem smutny.

Jest we mnie jakiś głęboki smutek, czasem rozpacz.

Mam nadzieję na bycie szczęśliwym, na znalezienie kogoś naprawdę bliskiego. Ale nie wierzę, że się uda. Tylko sobie marzę. Wiara uleciała.

Funkcjonuję całkiem dobrze, ale w każdym dniu przychodzi taki moment, kiedy mam dość. Uświadamiam sobie, że moje życie jest teraz bardzo puste.

Kiedy myślę "boże, znowu". 

I że jutro znowu to samo.

I że nie wiem, czego oczekuję. Na co czekam. Co będzie po świętach? Co będzie w nowym roku? Nie wiem, co chcę, żeby było.

Głupie, ale czasem, w nocy, wyobrażam sobie, że płaczę. Bo w rzeczywistości łzy nie przychodzą. Może byłaby to jakaś ulga. Ale skąd to pragnienie ulgi? Nic się nie dzieje. Jest pusto.

Żyję bardzo prawidłowo. Nie wspaniale, ale normalnie. Kolokwia zdane, frekwencja 100%, dość sprawnie radzę sobie z codziennością.

Ale coś jest nie tak. Jest pusto. Jest smutno.


Dopadła mnie mania oglądania zdjęć. Robię wielkie porządki w folderach i albumach fizycznych. Robię kopie. Oglądam po nocach, przede wszystkim fotografie z dzieciństwa. Wiele sobie przypomniałem.

Bardzo mnie to rusza.

Nie wiem, dlaczego to robię. Żeby poczuć się lepiej? Często czuję się lepiej, ale potem przychodzi wielki smutek.

Miałem głupią myśl - zawsze wstydziłem się moich ulubionych bohaterów z seriali, filmów, książek. To zawsze smutni ludzie, którzy próbują zmienić się na lepsze. Zawsze coś ukrywają, zawsze bardzo cierpią, zawsze muszą się "nawrócić" na drogę dobra, życzliwości, szczerości.

Chciałbym przestać się wstydzić. Teraz już wiem, że po prostu próbuję się utożsamić.

Też chciałbym happy endingu.

Kocham happy endingi. Myślałem, że lubię dramaty, ale wolę, jak wszystko kończy się w zgodzie i miłości.


Powrót do domu był histeryczny. 

Poczułem, że wracam znowu w ciemne miejsce. Że zawracam z tej ścieżki nowości, jakiejś nadziei.

Znowu te cztery ściany. Ta zagracona szafa. To łóżko przy oknie. 

Bardzo boję się, że znowu zacznę spędzać w nim zdecydowanie za dużo czasu.

Akademik wymagał trzymania się w pionie, większej ilości obowiązków, zorganizowania, planowania, decydowania, poruszania się po mieście, po budynku, większej ilości interakcji.

Tu snuję się od łóżka do komputera. Czasem do kuchni po herbatę.

Od tygodnia nie mogę jeść. Nie mam na nic ochoty.

Bardzo martwię się o siostrę. Dojrzewa. Doświadcza wszystkiego co najgorsze w potwornym wieku lat trzynastu. Ma problemy ze złością. Straciła wielu przyjaciół. Opuściła się w nauce.

Chcę być dobrym bratem, bo przecież ją kocham i chcę oszczędzić jej tego, przez co sam przechodziłem. Chcę pomóc. Przestrzec, doradzić. Ale są chwile, gdy nie umiem z nią o tym rozmawiać. Kiedy nawet nie chcę o tym myśleć.

Bo to za bardzo mnie martwi, za bardzo mnie smuci, za bardzo przeraża. Odbiera słowa.


Nie jest mi bardzo przykro z powodu Grześka. Nie myślę o tym zbytnio. Możnaby powiedzieć, że znoszę to doskonale. Że już dawno to zniosłem, nie ma w ogóle o czym mówić.

Tylko czasem przypominam sobie jego zapach.

Trochę boli mnie brzuch.

I raz widziałem jego zdjęcie z kimś nowym.

I przeklnąłem na glos w wielkiej złości.

Nie wiem. Nie wiem dlaczego. Przecież nic...


Prawda jest taka, że niewyobrażalnie zamknąłem się w sobie. 

Chciałbym poznać kogoś nowego, ale zupełnie nie umiem rozmawiać. Ucinam small talk. Szybko się poddaję. Albo nie zaczynam wcale.

Skracam rozmowy z Mateuszem. Staram się odbierać telefony, ale skracam. Szukam wymówek, żeby się rozłączyć.

Wybitnie dużo kłamię. 

Czasami mam ochotę pogadać z przyjaciółmi, ale nie umiem zdobyć się na więcej, niż zapytanie co nowego na studiach/jak przygotowania do matury. 

Dzisiaj zrobili chatroom z kamerkami, bo dawno się nie widzieliśmy. Nie odebrałem.

Chyba czas znowu być szczerym ze sobą. Czuję ciężar na piersiach. Potrzebuję głębokiego oddechu.

Bo czuję, że jest we mnie coś głęboko zakorzenionego, coś odrażającego, źródło całego wstydu. Nie wiem, co to jest. Ale z tego biorą się wszystkie najboleśniejsze i najbardziej wstydliwe do opisania zachowania i myśli. 

Dlatego będę to pisać parę dni. Co przyjdzie do głowy. 

Jeszcze nie skończył się pierwszy zdalny tydzień, a już robi mi się niepokojąco wygodnie w domu. Trochę denerwuje myśl, że miałbym teraz wrócić do akademika. Znowu zacząć zarządzać sobą. Znowu myśleć. Starać się żyć.

Chyba będzie źle.


Jest już weekend. Zacząłem pisać to na początku tygodnia.

I faktycznie robi się beznadziejnie.

Jezu, nienawidzę siebie.

Powinienem się więcej uczyć. Robić więcej rzeczy. Być bardziej ogarnięty. Znowu tylko marnuję czas.

Na zajęciach jest fajnie, o tyle ile może być fajnie na zdalnych. Zajmują mózg i motywują, stawiają do pionu, koncentrują.

A potem jest słabo. 

Rzeczywistość jest szara. Powtarzalna. Głęboko niesatysfakcjonująca.

Sprawia, że chce się wymiotować.

Ale za nic nie mam siły, żeby to przerwać, coś zmienić.


Dalej nie mogę spać. Śpię średnio 4 godziny. Zasypiam dopiero późno w nocy albo nad ranem. Gdy dzwoni budzik, nie czuję, żebym potrzebował więcej snu. Nawet nie piję kawy.

Tylko jestem strasznie wkurwiony i zawiedziony. Chyba tym, że po prostu wstałem. Że zaczyna się dzień i życie. Czuję się, jakbym posolił herbatę.

Dalej też nie mogę jeść. Nie ma takiej rzeczy, na którą miałbym ochotę. Nie jestem też specjalnie głodny. Dopiero co tych parę godzin, zupełnie nagle, cukier spada na tyle, że muszę zjeść, żeby nie zemdleć. 

Boże, jest mi tak niewygodnie z samym sobą.


Jestem tu bardzo bardzo bardzo bardzo bardzo bardzo bardzo sam.

Alkohol zaczyna kusić.

Nie ma to sensu. Ale co ma sens?

Dobranoc.

niedziela, 21 listopada 2021

Dalej

Chyba nie ma sensu już robić żadnych wstępów.


Pierwszy tydzień studiów był bardzo trudny. 

Wszystko nowe. Wszystko przerażające.

Codziennie chciało mi się płakać.

Właściwie to wyłem jak tylko zostawałem sam.

Ja pierdolę, jaka żenada.

A dzień przeprowadzki to istny koszmar. Mama popłakała się w samochodzie, co mnie kompletnie zaskoczyło. No i jeszcze bardziej przybiło.

Nie było dnia bez ataku paniki. 

Planowałem rzucić to po pierwszym semestrze. Co dzień chciało mi się uciekać.

Boże, jakim jestem idiotą i głupią pizdą. Nie wiem, dlaczego byłem taki przewrażliwiony.


Bo z biegiem dni wszystko zaczęło się uspokajać i układać.

Całe szczęście, że mój współlokator jest w porządku. To zupełnie zwykły, normalny człowiek, bardzo ugodowy i ogarnięty. Najczęściej się mijamy, on pisze licencjat i pracuje. Ale gdy łapiemy się wieczorem to da się z nim pogadać.

Sam kierunek studiów okazał się być jak najbardziej dla mnie odpowiedni. Jeju, ależ to była niepotrzebna histeria. Mam wspaniałych wykładowców, młodych, życzliwych, wyrozumiałych. Przedmioty są fascynujące, nauka idzie całkiem dobrze. Pokochałem swój wybór. 

Mam nadzieję, że nie odwołam tych słów.


Nie zapisywałem nic przez te półtora miesiąca, więc już wiele nie pamiętam. Pamiętam tylko kilka spostrzeżeń i wydarzeń. To będzie znowu tylko chaos wyrzucanych losowo myśli.


Dziwnie jest mieć dwa domy.

Żyć z otwartą walizką w szafie.

Głupio tak. Czujesz się wtedy, jakbyś nie miał ani jednego.


W pociągu zazwyczaj nie robię nic. Wyglądam przez okno i staram się nie myśleć. Robię odbodźcowanie. Nie chcę nawet słuchać muzyki.

Ale czasami to robię. Przypominam sobie wakacje. Te i poprzednie.

Przypominam sobie mój dom. Ale nie budynek. Okolice. 

Bardzo często myśląc "dom" widzę moją ulubioną polną drogę.


Nie widujemy się za często z Mateuszem.

On nie miał tyle szczęścia ze studiami. Nienawidzi swojej uczelni. Widzę, jak go to wykańcza i znowu wpędza w dół.

Studiuje na tyle blisko naszego rodzinnego miasta, że nie musiał się wyprowadzać. Zapewniałem go, że mój wyjazd nic nie zmieni. Że będę często wpadał.

Niezbyt się wywiązuję z tej obietnicy.

Kiedy jestem w domu, to zazwyczaj chcę zobaczyć się z całą paczką. Tylko że on już nie bardzo chce być jej częścią.

Więc oddalamy się. Teraz już dość mocno.

Jadę do niego w piątek. Zobaczymy, jak będzie.


Generalnie jestem tutaj cholernie samotny.

Widzę, jak to jest po raz pierwszy nie mieć na miejscu nikogo bliskiego.

Codziennie zamienię parę słów z współlokatorem. Czasem z kimś w kuchni czy na korytarzu. Co dzień trochę pogadam z ludźmi z kierunku.

Raz nawet byliśmy na piwie integracyjnym (a ja raczej na soczku, kiedy to jeszcze miało znaczenie). Z dwoma chłopakami złapałem super kontakt, świetnie nam się gadało te parę godzin, ale właściwie nic więcej z tego nie wynikło.

Widzę też, jak odstaję. Nigdy wcześniej się tak nie czułem.

Ogólnie mam wrażenie, że jestem jednym z mniej lubianych ludzi w tej małej grupie. Nie mam z kim być w parze na serbskim. Problemy jak z podstawówki.


W każdym razie nie mam za bardzo z kim pogadać.

To oczywiście nie przeszkadza mi w nieodpisywaniu Wam miesiącami.

Przepraszam.


Jeśli chodzi o moich ludzi, no cóż, podziało się.

Pamiętam dwie imprezy. Pierwsza była u mnie w Halloween.

Przebraliśmy się i powygłupialiśmy. Nawet Mateusz przyszedł. Dawno nie byliśmy w pełnym gronie.

Zrobiłem dekoracje i jedzenie, bardzo się starałem to fajnie urządzić. Zależało mi. Chyba lubię organizować.

I było super. Naprawdę super. Tańczyliśmy, pochodziliśmy po okolicy, wystraszyliśmy moich głupich sąsiadów. Wypiłem tylko parę piw. Mocno stałem wtedy przy unikaniu wódki. I dobrze. Taka była zasada - trzeźwy zanim pójdę spać.

A poszedłem spać z Grześkiem. 

I tym razem nic nie było, nawet mimo że spaliśmy w osobnym pokoju, podczas gdy cała reszta zdążyła zezgonować w różnych dziwnych miejscach mojego domu lub rozjechać się do swoich.

Chyba nawet nie całowaliśmy się tego dnia. Po prostu rozmawialiśmy w zupełnych ciemnościach, twarz przy twarzy. O głupotach i o rzeczach, które mają znaczenie. Potem mnie objął i wtuleni w siebie zasnęliśmy. On zasnął. Mi to zajęło dłużej. Słuchałem jego oddechu.

I chyba wtedy uwierzyłem. Pomyślałem sobie za dużo. W każdym razie więcej, niż kiedykolwiek.


Szybko zostało to ukrócone.

Kolejna impreza, inny dom. Było bardzo fajnie. Do czasu.

Mocno się wszyscy rozkręciliśmy. Poczułem się jak w tamte wakacje. Znowu świat wirował. Znowu moglibyśmy się wygłupiać do rana.

Tańczyłem z nim. Było mi tak dobrze, od dawna nie było tak dobrze. Tak bezpiecznie. Chyba go pocałowałem. Szczerze mówiąc nie jestem pewien. Było wysoko.

Na pewno przytuliłem go i powiedziałem, że tęskniłem. Myślałem, że popłaczę się ze szczęścia.

Z tego szczęścia kazałem polać sobie wódki. Po raz pierwszy od naprawdę dawna.

Wrócił stary Łukasz. 

Pamiętam, że coś wszyscy śpiewaliśmy. Poszliśmy na fajkę i jak zwykle paliłem z Grześkiem na pół. 

Pamiętam whisky i śliwowicę. Pamiętam taniec na tarasie.

I pamiętam, że zaczęła lecieć nasza piosenka. I że chciałem go pocałować, ale odmówił. 

To było takie nagłe. Odmówił wszystkiego. Odmówił mi marzeń.

"Może lepiej już nie".

I to był koniec. Okazało się, że pojawiła się w jego życiu jakaś blondynka. 

Chciałem mu oddać tę małą rzecz, którą mi dał. Zawsze nosiłem ją przy sobie przez te kilkanaście tygodni. 

Ułatwiła mi przeprowadzkę i każdy powrót pociągiem. Każdą chwilę, kiedy musiałem przypomnieć sobie, że kogoś gdzieś jeszcze mam.

Włożyłem mu ją w dłoń. Powiedziałem, że teraz będzie mi przypomniać za dużo.

On przełożył ją do mojej. A ja do kieszeni.

Rano włożyłem ją tam, gdzie trzymam też rzeczy po Alku. Kolejny rozdział życia zamknąłem w pudełku po butach.


Tak więc po naszej piosence wypiłem pół szklanki wódki i poszedłem na jointa.

Naturalnie nie potrwało to długo, zanim byłem nie do życia. Ktoś położył mnie spać. Nie pożegnałem się z Grześkiem. Podobno zaraz potem poszedł do domu.

Zanim zasnąłem, zachciało mi się wprawić żyletkę w ruch, ale nie miałem siły.


Rano przypomniałem sobie, dlaczego wcześniej bojkotowałem wódkę.


No i właściwie tak to się kręci. Teraz przypada tydzień, kiedy nie wracam do domu na weekend. Byłem na basenie. Jestem w strasznej formie. Jutro pójdę na spacer. Może ugotuję coś innego niż ryż albo makaron.

Chyba nie mam nic więcej do powiedzenia.

Żyję na autopilocie. Najlepiej czuję się na zajęciach. Potem jest trochę gorzej. Już nie ma czym tak intensywnie zająć mózgu.

Ale nie ma tragedii zazwyczaj. Już jest stabilnie. 

Czasami tylko zrobi się trochę smutniej.

Ale to dla mnie zupełnie normalne.

niedziela, 3 października 2021

Struna

Ciężko. Boże, jak ciężko.


Wyjazd z rodziną był taki sobie. Nic specjalnego. Raczej się zawiodłem. Czułem się dziwnie. Zazwyczaj nasze wakacje są dużo radośniejsze. Nie wiem.

Za to wiem, co było przed wyjazdem. Schlałem się najmocniej od dawna. Kompletnie się zeszmaciłem. Robiłem i mówiłem bardzo głupie rzeczy. Było mi tak strasznie wstyd za siebie, szczególnie gdy powoli trzeźwiałem i miałem iść do domu. Wtedy nikt nie chciał się ze mną pożegnać. Już tylko czekali, żebym sobie poszedł. Nie dziwię się. To przecież nie pierwszy raz.

Ale czułem się potwornie. Chciałem zniknąć, kiedy on odtrącił moją rękę i mówił, że tym razem przeszedłem samego siebie.

O szóstej rano siedziałem otulony kołdrą przetrzymując mdłości i pomyślałem, że to nie ma sensu. To też nie był pierwszy raz. Myślałem o abstynencji już w zimie, nic z tego nie wyszło. Ale tym razem chyba coś kliknęło. Tamten wieczór stał się pewnego rodzaju traumą. Wszystko co mogło pójść źle, poszło źle. Miałem tego dość. Dość upodlenia, wyrzutów sumienia, wstydu, ciężkich poranków. 

Więc minęło półtora miesiąca odkąd miałem w ustach wódkę.

Nie umiem od razu odciąć się od alkoholu całkowicie. I nie wiem czy chcę. Lekki szum jest w porządku. I tak właśnie teraz piję. Tylko do pierwszego szumu. Parę piw albo parę lampek wina. Trzeźwy jeszcze zanim zasnę. Rano wszystko pamiętam i nie czuję się jak szmata. Jest okej.

Tydzień później z jakiegoś powodu Grzesiek był jednym z bardziej zdziwionych, kiedy odmówiłem shota. Pogadaliśmy na osobności. To była bardzo dziwna rozmowa. Taka, która niesamowicie miesza w głowie.

Powiedziałem mu, że to głównie z jego powodu chcę przystopować. Powiedziałem, że źle się czuję pijąc i przez to będąc taką lepiącą się do niego szmatą. Że czuję się głupi. Że boję się odtrącenia. Że odtrącenie jest słuszne.

I od tej rozmowy zaczął się jeden z przyjemniejszych wieczorów tego roku.

Powiedział, że nigdy nie chciał, żebym się tak poczuł. Że akceptuje mnie w każdym wydaniu. Że nigdy nie pomyślał o mnie źle, niezależnie od mojego stanu. Mówił też o tym, czego się boi. I że żałuje, że ten strach jest taki mocny.

Potem mówił rzeczy, których tu nie napiszę, bo jednak mimo wszystko nie wypada.

Motyle.

Dał mi też pewną rzecz, mówiąc, że to na pamiątkę. Żebym nie zapomniał tych kilkunastu miesięcy. Żebym o nim pamiętał. 

Śmiali się z nas potem, że wyglądało to jak zaręczyny.

Spędziliśmy wieczór nie odstępując siebie na krok. Wiedzieliśmy, że nie spotkamy się potem przez dłuższy czas. Nie będziemy mieli szansy się pożegnać, zanim wyjadę.

Tym razem nie puszczał mojej ręki.

Nie wiem, co będzie dalej, czy coś się zmieni. Możliwe, że nie. Ale mam poczucie zamknięcia rozdziału. To był nieokreślony romans od wakacji do wakacji, w którym żaden z nas nie wiedział, co naprawdę czuje. Tylko teraz moje wakacje się kończą. Teraz zacznie się trochę inne życie. Zobaczymy, co to przyniesie. Ale o tym zaraz.

W międzyczasie, czyli w dniach, których nie potrafię umieścić w żadnym chronologicznym porządku, też trochę się działo. 

Z Mateuszem było bardzo źle, ale to jakimś cudem nas jakby zbliżyło. Chociaż nie wiem czy to jest dobre słowo. Nasza relacja też jest już od lat niezmiernie skomplikowana.

Znowu zaczęliśmy wychodzić tylko we dwoje. Nie robiliśmy tego od wiosny. Niby fajnie, ale ciężko było. Nigdy nie będę w stanie go całkowicie zrozumieć ani mu pomóc. To działa z resztą w obie strony. Znamy się doskonale i dokładnie wiemy, kiedy z jednym z nas jest źle. Bez słów. Na wylot znamy też swoje objawy. Ale za nic nie możemy siebie zrozumieć. Nie możemy sobie na wzajem pomóc, nie umiemy nawet o tym porządnie pogadać. Bo nie ma szans na prawdziwe, głębokie zrozumienie. Nasze cierpienia mają tylko punkty styczne. Zupełnie inne są korzenie naszych problemów i zupełnie inaczej odczuwamy ból. To trudna przyjaźń. Zasila ją mnóstwo, naprawdę ogrom pozytywnych chwil, ale podczas ciężkich jesteśmy do bani.

Boleśnie uświadomiłem sobie w ostatnim czasie, że on nie jest człowiekiem, któremu jestem w stanie powiedzieć wszystko. Niektórych rzeczy nie ma sensu. Na przykład myślę, że on chyba nigdy tak naprawdę nie zaakceptował, że nie jestem hetero. Zawsze mówił, że ma wyjebane i go to nie obchodzi, a ja czułem w tym nutę niedowierzania i odrzucenia tego faktu. Jakby mi nie wierzył. Jakby uznawał to za fanaberię.

Więc tym bardziej nie chciałem prosić go o radę czy rozmowę, gdy odkryłem, że chyba jednak jestem bardzo, bardzo niehetero. 

To był kolejny problem minionych tygodni. Coś sprawiło, że zacząłem się intensywnie i długo zastanawiać nad swoją orientacją. Wcale nie było to proste i bezbolesne.

I cóż, minął rok od wyjścia z szafy przed mamą, a jednak trzeba będzie to zrobić ponownie. 

I już całkiem wszystko zepsuć.

Wiem, że ona tak cholernie liczyła, że mi się "odwidzi". Nie zamierzam wyprowadzać jej z błędu jeszcze przez długi czas. To już będzie katastrofa, na którą teraz nie mam siły. O tacie nie chcę myśleć. Najprawdopodobniej mnie wyśmieje.

W każdym razie miałem problem, o którym nie miałem komu powiedzieć. Nie miałem kogo prosić o radę, nie miałem nikogo, komu ufałbym, że zrozumie i nie oceni. 

A tylu przyjaciół wokół.

I takie problemy, o których nie mam komu powiedzieć, zaczęły się mnożyć. Nie miałem z kim pogadać o Grześku. Bo wyjątkowo chciałem. Chciałem usłyszeć inną perspektywę, chciałem wyrzucić z siebie to, co od niego usłyszałem, chciałem sobie z czyjąś pomocą poukładać w głowie, co właściwie o tym myślę.
Nie miałem z kim pogadać o tożsamości. Wiele nocy spędziłem nad samotnym zastanawianiem się, czy mam prawo czuć się jak się czuję i kochać kogo kocham. Nie miałem kogo poprosić o radę, wskazówkę, możliwość opowiedzenia o wątpliwościach. 
W końcu znowu zrobiło się u mnie bardzo źle i też nie miałem komu powiedzieć, dla samego powiedzenia. Nie miałem kogo poprosić o chwilę tylko dla mnie. Dla moich słów.

Chodzi o to, że jak rzadko miałem ochotę komuś się zwierzyć. Tak naprawdę, twarzą w twarz, ludziom którym znam i których lubię. Nie internetowi. Nie pustej kartce. Chciałem powiedzieć przyjaciołom.

Ale nikomu nie potrafiłem zaufać. Zawsze ktoś ocenił. Zawsze ktoś zlekceważył. Zawsze ktoś zupełnie nie zrozumiał. Zawsze ktoś obrócił to w temat o sobie.

Więc wszystko ponownie skumulowałem w sobie. Wsadziłem sobie w głowę wiele poplątanych spraw, które razem stworzyły taki miks, że byłem przerażony na myśl o rozplątywaniu tego wszystkiego. Autentycznie ciężko było mi złożyć zdanie na któryś z tych tematów. Za dużo rozproszeń, za dużo aspektów, za dużo wątków pobocznych. Dlatego zamilkłem. Dużo prościej było milczeć. Usta zamknięte, a mózg zagłuszany. I cała ta masa problemów spychana wgłąb umysłu. 

W pewnym bardzo ciemnym momencie zapisałem: 
"Szczerość już nie jest drogą. Ludzie nie powinni wiedzieć co myślę, jak się czuję, jakie mam intencje, jakie są powody moich działań. Szczerość jest męcząca i nie przynosi nic dobrego. O wiele łatwiej przychodzi kłamstwo i zatajenie. Tak dużo szybciej załatwia się sprawy".

Bo tak było. Zdecydowanie łatwiej było wymyślić proste kłamstwo albo coś przemilczeć. Mówienie prawdy równałoby się zaczęciu rozplątywania tego przerażającego kłębka problemów schowanego w głowie.


No i zaczęło się robić grubo.

Czym bliżej rozpoczęcia roku akademickiego, tym bardziej stres dawał się we znaki. 

Bo mam miliard wątpliwości.

Przez większość wakacji starałem się w ogóle o tym nie myśleć. Wypierałem myśli o tym, co ja właściwie zrobiłem. Zmieniłem decyzję z przyjemnego kierunku na taki, który jest w pewnym sensie podobny, ale daje dużo więcej możliwości. Tylko że jest w cholerę trudniejszy.

Łukasz, przecież ty nie odnajdziesz się na filologii. Ostatni rok w klasie filologicznej był dla ciebie niespodziewanie ciężkim do przejścia koszmarem.

Ale prawdę mówiąc, całą robotę zrobiło moje otoczenie.

Prawie nikt we mnie nie wierzył i nikt nie popierał moich decyzji. Wychowawczyni wydawała mi wyniki matury i pytała zawiedziona, czy dobrze to przemyślałem. Wszyscy kwestionowali moje wybory, niektórzy je wyśmiewali, niektórzy krytykowali i mówili o braku przyszłości. Wielu było zaskoczonych i zawiedzonych, bo liczyli, że wybiorę "coś mądrzejszego". Że stać mnie na więcej. Mówili, że będę żałował, że to nic nie warty kierunek. Ktoś powiedział, że nic ze mnie nie będzie.

I teraz każda taka wypowiedź doprowadza mnie do prawdziwej histerii. Stałem się tak przewrażliwiony na tym punkcie, że boję się mówić kolejnym ciotkom, sąsiadkom i kolegom taty na co poszedłem. Bo to oznacza falę krytyki i podważania wszystkiego co sobie wypracowałem. Na każdym rodzinnym uroczym spotkanku spędzam sporo czasu w toalecie ogarniając się po ataku paniki. Bo to co mi mówią wpędza mnie po prostu w czyste przerażenie, zwątpienie i chęć ucieczki. Ludzie od tak sprawiają, że czuję się jak bezużyteczne, nieporadne gówno. Nawet opinie osób, których słowa normalnie zupełnie by mnie nie obchodziły, uderzają cholernie mocno.

Bardzo mi głupio, że tak reaguję, ale gdy każdy kwestionuje twoje wybory, których ty sam jesteś tak strasznie niepewien, to można się załamać.

Mama na szczęście po jakimś czasie stała się dość wspierająca. Na początku też niezbyt podobał jej się ten kierunek, ale chyba widzi, w jakim jestem stanie i próbuje wykrzesać z siebie trochę entuzjazmu. To dobrze. Potrzebuję teraz choć jednego sojusznika.

Był taki jeden dzień, kiedy zostałem zapytany o studia pięć razy. Po którymś razie gdy odpowiadałem, moje ciało reagowało tak, jakby ktoś miał mnie za chwilę uderzyć. Musiałem też bardzo grzecznie przyjąć do wiadomości, że wnuczki następnej krewnej uczą się na najlepszych uniwersytetach w Polsce, na najbardziej prestiżowych kierunkach, a ja sobie zmarnowałem życie.

I takich rzeczy słuchałem codziennie.

Wrzesień stał się koszmarem.

Moja wiara w siebie i samoocena spadła na samo dno dna. Nie chciałem nawet myśleć o październiku, już planowałem rzucenie wszystkiego w cholerę, bo na inny kierunek się nie nadaję, a te studia przecież nic mi nie dadzą. Jak żadne inne w tych czasach - to też słyszałem codziennie. Pozostaje kopanie rowów.

A to nie koniec. Przecież problemy, o których pisałem wcześniej, nie zniknęły. Cała histeria ze studiami zmieszała się z burdelem, jaki zrobiłem sobie w głowie i w sercu przez wakacje.


Jebane piekło.

Nie wiedziałem, że umiem tak wyć. Że mam tyle łez.

Wstydzę się tego, ile płaczę. 

Mam koszmary.

Niemal każdej nocy wydaje mi się przy zasypianiu, że moje serce przestaje bić. Panika. 

Po raz pierwszy bezdechy. 

Mama zastała mnie siedzącego na łóżku o siódmej rano, kiedy ja jeszcze nie poszedłem spać, a ona szykowała się już do pracy. Siedziałem z głową w dół i zamkniętymi oczami z wykończenia. A spod powiek leciały mi łzy. Z wściekłości, strachu, desperacji. Oddychałem ustami.

"Co ty robisz?"

"Otwórz okno, proszę. Otwórz"

"Mam wzywać karetkę?"

Kazałem jej iść do pracy. Najpierw włączyłem muzykę i miałem nadzieję z nią zasnąć, ale nie była dostatecznym odwróceniem uwagi. Cały czas skupiałem się na niepełnym oddechu. Ostatecznie tej doby nie poszedłem spać wcale. Tylko czytanie artykułów i oglądanie filmów pozwalało nie wpaść w panikę. Zasnąłem dopiero kilkanaście godzin później ze zmęczenia.

Czuję się bardzo chory. Chodzę spać i wstaję o dziwnych godzinach. Czasami kiedy się budzę nie wiem, czy minął dzień, czy to wciąż ten sam.

Czuję się tępy. I czuję, że coś jest nie tak z moim mózgiem. Tak często się wyłączam, nie umiem się skupić. Dźwięki odbieram inaczej niż zwykle. Czasem wydaje mi się, że żyję w bańce.

Wyglądam po prostu obrzydliwie. Nie mogę na siebie patrzeć. Nie chcę wychodzić do ludzi.

No i wisienka na torcie, z całą mocą powróciły myśli samobójcze. Napisałem tak:

"To się dobrze nie skończy".

Codziennie. Codzienna myśl o śmierci. 

Bo nie wierzę, że to się może jakkolwiek dobrze skończyć. Jestem do niczego. Codzinnie myślę, że niedługo będę martwy. Bo nie dam rady. A to będzie najszybsze wyjście.

Wyprowadzam się dziś po południu. Nie wiem, jak sobie poradzę. Pierwszy wykład w poniedziałek. Nawet nie chcę tam iść. To nie jest dla mnie. Nie wiem, co będę tam robić. Nie wiem, co sobie myślałem.

Co za pierdolony bałagan...

poniedziałek, 23 sierpnia 2021

Kłosy

No cóż. Duża przerwa oznacza dużo pisania. To zniechęca jeszcze bardziej, ale absolutnie muszę zrobić update. Dla siebie, bo Wy o większości rzeczy wiecie, z wieloma z Was piszę... Choć sami wiecie, jak ciężko nazwać to pisaniem. Odzywam się po prostu. Z rzadka.

Ten blog jest kroniką, która ułatwia zapamiętywanie przeszłości. Bez zapisywania wydarzeń nie wiem, co robiłem tydzień wstecz. Dlatego gdy mnie nie było, bo brakowało mi sił do pisania notek, musiałem zacząć zapisywać choć szczątkowe podsumowania ważniejszych dni. Chociaż po zdaniu w małym notesie. Żeby pamiętać. Często robiłem też zdjęcia, żeby mieć choć mętne wspomnienie, że gdzieś byłem. Dzięki temu mogę teraz sklecić podsumowanie ostatnich miesięcy.

Dobrze, ostatni post to pierwszy tydzień czerwca. Co było potem?

Z moich zapisków wygląda na to, że wtedy było całkiem dobrze. Przyzwyczaiłem się do pracy, zrobiło się naprawdę przyjemnie. Praca sprawiała, że miałem co robić i nie czułem się beznadziejny. To naprawdę poprawia nastrój. Było co poprawiać, bo nie byliśmy w najlepszych stosunkach z przyjaciółmi. Nie chciałem ich widzieć. Nie odbierałem telefonów.

Z końcem miesiąca straciłem pracę. Właściciele stwierdzili, że jednak nie opłaca im się stanowisko w tej miejscowości. Z tej "okazji" przynajmniej wyszliśmy na piwo z przyjaciółmi i w końcu przegadaliśmy dziwną atmosferę. Od tego momentu zaczęło się między nami polepszać.

Ale nie polepszyło się w sferze zatrudnienia. Dziesiątki telefonów, wysłanych CV, jakieś żenujące rozmowy kwalifikacyjne na proste stanowiska. Nic. Nie oddzwaniali, nie odpisywali, nie dawali odpowiedzi, a jeśli już, to przeczące. To plaga tego zabitego dechami miasteczka. Któregoś razu wchodząc na rozmowę mijałem się w drzwiach z kolegą ze szkoły, tylko pokręcił głową. Pracę mają tylko ci, którym ktoś ją załatwił. 

Między innymi to wpędziło mnie znów do łóżka. Wszystko po staremu. Zarwane noce, patrzenie w sufit, spanie do południa, piętrzący się burdel, czucie się jak pasożyt. Klasyk. Było cięcie się, był atak paniki, było samotne picie, było poczucie, że nie jestem sobą, nie jestem nawet człowiekiem. Nawracająca myśl - jak niewiele ze mnie zostało, z osoby, którą kiedyś byłem. Która coś sobą reprezentowała. Która... miała cechy. Nie umiem siebie określić, opisać, czuję się jak blok plasteliny w mdłym kolorze. Dopasuję się do każdego kształtu - mogę być wszystkim, ale pozostaję nikim. Zostały tylko szczątki dawnej osobowości.

W lipcu były jednak pewne przebłyski.

Po pierwsze, przyszły wyniki matury. Nie mogły być lepsze, to było 100% moich możliwości. Czułem się z tym bardzo dobrze, jednak bez żadnej dumy. Mam taki zapis z tego dnia: "poprawił mi się nastrój, nawet bardzo, cieszyłem się przez kilka dobrych godzin, ale nie byłem dumny. Dumny byłbym, gdybym zdał jakoś niemożliwie, zaskakująco, niespodziewanie dobrze, ponad możliwości. Zdałem tylko zgodnie z możliwościami. Jestem naprawdę zadowolony, mam poczucie zrobienia dobrej roboty. Ale nie jestem dumny". Mimo że ten wpis ma może średnio optymistyczny ton, to było to tylko luźne spostrzeżenie. Tak naprawdę ten dzień był bardzo radosny. I najfajniejsze było to, że cieszyłem się z rodziną. Widziałem szerokie uśmiechy mamy i taty. Uśmiechali się, bo widzieli wysiłek, załamania, książki pod poduszką i ostateczny wynik tej niepotrzebnej paniki. Poszliśmy na lody. Wypiliśmy razem wino. Było fajnie.

Niedługo potem dostałem się na studia. W ogóle to totalnie zmieniłem koncepcję na ostatniej prostej. Miałem iść na inny kierunek, ale jakoś z tydzień przed złożeniem papierów zrobiłem burzę mózgów z mamą i stwierdziliśmy, że ten drugi otwiera więcej furtek. Chyba będzie cięższy, ale staram się o tym nie myśleć. W każdym razie dostałem się. I nie było takiej radości jak po wynikach matury, bo, szczerze mówiąc, totalnie się tego spodziewaliśmy. Nie było ogromu chętnych. Miłe, ale wina już nie piliśmy.

Był też przebłysk zupełnie innego rodzaju. Najbardziej... urocza rozmowa z tatą w życiu. Nie będę tego opisywać, to akurat zapamiętam do końca życia. Pokazał, jak powiedzieć "kocham cię" bez wypowiadania tych słów.

Lipiec był więc rollercoasterem - beznadzieją z przebłyskami radości. I z imprezami co jakiś czas. Nic szczególnego.

Aż do ostatniego tygodnia. Tu zaczynają się nowości. W ostatnim tygodniu załatwiono mi (jak mówiłem, tu nie ma nic bez znajomości) robotę życia. Na pieprzonym Woodstocku. Dzień przed planowanym wyjazdem.

Boże, to była najlepsza rzecz jaka mnie spotkała od strasznie dawna.

*

Przez tydzień żyłem opierając się na wierze w uprzejmość obcych. Większość rzeczy była improwizacją, spontanem, nieprzemyślanym łutem szczęścia.

Spotykałem różne osoby. Kilkanaście kilometrów jechałem z przemiłą panią koło pięćdziesiątki, która pytała mnie, jakie konfitury najbardziej lubię. 

Jechałem najbardziej rozklekotanym autem we wszechświecie, modląc się, żeby biegiem pakowana torba z ciuchami i zupkami chińskimi nie spadła z przyczepy. Nigdy w życiu nie byłem bardziej rozbawiony.

Najpiękniejsze godziny spędziłem w samochodzie trzech facetów jadących już bezpośrednio na festiwal. Kiedy się zatrzymali, wahałem się tylko sekundę. Mieli czerwone twarze, skórzane kurtki, Zbyszek miał białe włosy spięte w kitkę. Jazda z nimi to była najlepsza rzecz, jaka mogła mi się przydarzyć.

Słuchaliśmy Pink Floydów. 

Jechaliśmy drogami, których nie zna GPS. 

Zatrzymaliśmy się odlać przy polu słoneczników.

Raz musieliśmy spychać auto na stację benzynową.

Paliliśmy skręcane przez Marka papierosy.

Nic w życiu nie dało mi takiego poczucia wolności, jak ten jego papieros trzymany w dłoni wyciągniętej za okno na pustej drodze.

Wiatr huczący w uszach, targający włosy.

Słońce rażące w oczy.

Wiem, brzmi jak przewidywalny film, ale to naprawdę mi się przydarzyło. Dlatego to tak piękne. Ciągle chciało mi się śmiać. Uśmiech nie schodził mi z twarzy.

Jaką radość dawała mi jazda z dopiero co spotkanymi ludźmi, którzy nie wyglądali jak pierwsza osoba, której byś zaufał. 

Jak szczęśliwy byłem, nie wiedząc gdzie jestem i gdzie właściwie będę spać tej nocy.

Tak, w końcu byłem absolutnie szczęśliwy. Po miesiącach. Czyste szczęście. Pełna radość.

Cały ten tydzień był świetny. Praca niemal nie wydawała się pracą - w takim miejscu, wśród takich ludzi, żadne obowiązki nie są uciążliwe. Jedynie sprawa bycia uziemionym na kilka godzin była czasem ciężka do przebolenia, gdy widziało się z daleka, jak świetnie bawią się ludzie pod sceną i że będzie można do nich dołączyć dopiero później. Ale to nic. To zupełnie nic.

Ta wszechobecna życzliwość. Chłopaki z patrolu nosili mi pierogi. Dwie hipiski codziennie wieczorem robiły mi herbatę. Ten jeden metal, który nazywał mnie królewiczem i częstował papierosem na przerwie. Coś wspaniałego.

Tydzień bez wejścia do budynku z prawdziwego zdarzenia. Tydzień chodzenia dwóch kilometrów, żeby dostać się pod prysznic. Tydzień, podczas którego nie jeden raz dupę ratowali mi ludzie, których nawet nie zdążyłem zapytać o imię. Cudowne.

Ale głównie ta droga stanowi moje nowe najszczęśliwsze wspomnienie. Przydrożne pola usłane belkami siana. Śmiech do łez z prostackich żartów. Ten mocny tytoń. Ten ciepły wiatr. The Rolling Stones zaraz po Pink Floyd.

Szczęście, wolność, beztroska. 

To będzie nowe wspomnienie "napędowe". Takie, które sprawia, że chce się żyć. Poprzednie pochodzą sprzed... jakichś trzech lat, te najmocniejsze. Zdecydowanie przyda się takie nowe.

*

Po tym wyjeździe sprawy mają się raczej w porządku. 

Moje urodziny przespałem, byłem mimo wszystko wykończony po tej wyprawie. Właściwie to dobrze, bo byłyby beznadziejne. Życzenia złożyło mi tyle osób, że możnaby je policzyć na palcach jednej ręki, co jest dość przykre, ale przejąłem się tym jakoś bardzo.

Od tego czasu nie działo się nic szczególnego. Byłem na kilku imprezach, a czasami wolałem zostać w domu. Ale nie ma w tym rozpaczy. Jest raczej spokój.

Było kilka miłych chwil z przyjaciółmi. Przede wszystkim noc Perseidów. Leżeliśmy wiele godzin na mokrej trawie pod ciemnym niebem, rozgrzani winem, a każdy meteor wywoływał głośny zachwyt. Jednak czegoś mi brakowało. 

Prawdopodobnie obecności kilku osób. A dwóch w szczególności.

Właśnie. Martwię się o Mateusza.

Zaczął się u niego bardzo ciężki okres. Dawno już nie było tak źle. On nie miał tyle szczęścia ze studiami. Ma też problemy w rodzinie. Przestał wychodzić, boi się ataków paniki przy nas. Jest prawie tak źle jak przed leczeniem. Już wrócił na leki i psychoterapię. Mam nadzieję, że to wkrótce zadziała i będzie lepiej.

A ja... No cóż. Wcale się nie zapisałem. Okłamuję i Was, i siebie. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz.

*

Na tę chwilę czuję się całkiem dobrze. Postaram się oczywiście w końcu Wam odpisać. Nie jestem już w super szczęśliwym punkcie, ale bardzo daleko mi do rozpaczy. Czuję spokój. Luz. W tym tygodniu jedziemy na małe wakacje z rodziną. Mam nadzieję na dobrą pogodę.

To chyba tyle.

Enter.