sobota, 3 kwietnia 2021

Synestezja

Jeszcze jeden dzień, kiedy wszystko było dobrze. Niesamowite.

Moje myśli nie były słowami, były raczej obrazami, muzyką, dźwiękami, oddechami.

Pastele na niebie. Wiatr huczący w uszach. Poezja.

Nie ma sensu artykułować zdań. To nie słowa, to barwy, to światło, to powietrze, to zapachy, to śpiew ptaków, to ślady zwierząt.

Ja tego opisywać nie chcę. Chcę tylko zapamiętać.

piątek, 2 kwietnia 2021

Puch

Dzisiaj pozwoliłem sobie niczym się nie martwić. 

Śpiew ptaków.

Cirrusy.

Dziś to nie są cirrusy. To są tylko chmury. 

Pierzyna na niebie.

Odpuszczenie.

Pozwoliłem wszystkiemu odpłynąć. Ciało wypłukane ze wszystkich natrętnych myśli. Każdy mięsień rozluźniony.

Błogość.

Popłakałem się z obezwładniajacego poczucia spokoju. 

Dziś jest bezpiecznie.

Zieleń. Słońce. Chmury. Ptaki. Ziemia. Krzewy.

Życie.

Docenienie.

Jak dziś przyjemnie patrzeć na białe futro kota.

Jaki miękki krajobraz staje przed oczami.

Jaka miękkość. Miękkość duszy i ciała.

Co za spokój. Jeden, jedyny dzień. 

Wspaniałe. Wspaniałe.

Łzy.

Tak dawno nie czułem się spokojny.

Jest mi tak dobrze, że aż boli.

Doceniam rozwieszone pranie, skrzynkę na listy, lampę przed domem. Jakże kocham widok za oknem.

Jakże kocham wielki orzech, pod którym siedzę.

Jak doceniam wszystko, co spłodziła ziemia. Jakże ja kocham wszystko, co żyje. 

Kocham dziś każdy promień słońca.

Najtrudniej jest kochać siebie. Ale dziś udało mi się przytulić moją duszę.

Mógłbym siedzieć tu do końca świata.

Chmury robią się różowe. 

Ja czuję się różowy. W końcu nie czarny, nie niebieski, nie szary. Dziś, przez chociaż jeden dzień, jestem różowy. 

Zaczynają kwitnąć stokrotki. Zakwitły moje fiołki.

To jest najbliżej szczerego szczęścia jak byłem od miesięcy. Teraz już może lat.

Niech ta chwila trwa.

Zamknę oczy i będę widzieć jeszcze nagie gałęzie na tle gasnącego nieba.

Zapalą się lampy ciepłym żółtym światłem. Będą jak świetliki.

A ja dziś usnę w spokoju. I będzie mi ciepło.

Nareszcie odrobina ciepła.

Nie chcę dziś niczego, co zdmuchnie ten płomień.

Przytuliłem siebie.

Jest ciepło. Ciepło.

Błogostan.




poniedziałek, 29 marca 2021

Bruzda

Teraz jest różnie. Faluję. 

Główny czynnik, po którym można poznać zmiany, to sen. Znowu stał się tylko opcją. Wystarczy drzemka nad ranem. Nie umiem spać długo.

Energia poszła trochę w górę, nawet udało mi się pouczyć. Ale tylko raz. Motywacja jeszcze się waha.

Są też jeszcze dni zupełnie smutne. W sobotę piłem do zgonu, ale przynajmniej z przyjaciółmi. To podobno lepiej niż samemu. Ale nie było tam ani kropli szczęścia. Właściwie wolałem być wtedy sam.

Wczoraj za to poszedłem na spacer. Pierwszy raz od wielu, wielu tygodni. To też istotna zmiana. 

Poczułem zapach świeżo rozkopanej ziemi. Zbutwiałych gałęzi. Mokrej trawy. 

W końcu jakaś iskra życia.

Pogadałem z Księżycem. Stwierdziliśmy coś zaskakującego.

Potrzebna mi zmiana środowiska.

Przede wszystkim potrzebna mi jest jakaś podróż, po drugie potrzebne mi są studia. Nie zdalne. Ale obawiam się, że nie ma na co liczyć.

Wow, "potrzebne mi są studia". Żebym tylko nie żałował swoich słów zbyt szybko.

Ale naprawdę mam jakieś dobre przeczucie w tej kwestii. Pewnie każdy tak mówi i przestaje po pierwszej sesji, ale nie chcę na razie odcinać się od tego optymizmu. To pozwala przeżyć. 

Bo nie jestem szczęśliwy od tak dawna. Nie jestem szczęśliwy w tym mieście, wśród tych ludzi. Wczoraj doszedłem do tego wniosku. Bardzo możliwe, że po prostu nie jestem szczęśliwy ze sobą, zawsze tak myślałem. Ale środowisko to nowy pomysł. Nie mam nic przeciwko przetestowaniu go.

Podsumowanie ostatnich dni? Jestem słaby, ale przynajmniej już postawiony na nogi.

piątek, 19 marca 2021

Dryf

Leżę. Tylko leżę. Nawet nie byłem w stanie usiąść. Lekcji słuchałem w łóżku. 

Potem już nawet przestałem się na nie łączyć.

Nie wiem w sumie dlaczego. Byłbym w stanie, ale po prostu tego nie zrobiłem. Od kilku dni jestem na "chorobowym".

Odciąłem się trochę. Leżę w ciszy i samotności. Nie odpisuję przyjaciołom.

Chciałem pomyśleć, ale w głowie tylko pustka. Wszędzie pustka.

A nic się przecież nie dzieje, naprawdę. Żadnej rozpaczy, nic się nie wydarzyło, nic się nie zmieniło. Wszystko jest w normie. Dlaczego mam tak mało energii?

Nie czuję nic. Nawet złych emocji. Nic mnie nie przeraża, denerwuje, smuci. 

Jest 14:45. Oczy mi się już zamykają. Wstałem po 10tej.

Niechęć i zmęczenie.

Nie mam punktu zaczepienia. Nie dążę do niczego. 

Śmierć w środku życia.

wtorek, 16 marca 2021

Dzwonki

Jest tak sobie. Nie da się nawet tego określić. 

Jestem powolny. Jestem rozbity. Miałem kilka ataków paniki znikąd. Trochę się martwię. Trochę nie.

Nie o tym. 

Jakaś niesamowita nostalgia mnie ogarnęła. Obrazy dzieciństwa porównuję ze stanem obecnym. 

Siedzę niedaleko peronu. Oglądam pociągi. Widzę po drugiej stronie kwiaciarnię z odpadłym tynkiem i zakurzonymi szybami. Kamienicy, o której pamiętam, że była obok, nie ma już od roku. Już nawet nie ma gruzów.

Dopadło mnie mocne uczucie przemijalności. Ale nie jest bolesne.

Jakaś melancholia. Wszystko mnie wzrusza. 

Dawno nie pisałem, ale nie mam o czym. Nie tu. Nie o tym co zwykle.

Zobaczymy, co z tym zrobię.

sobota, 6 marca 2021

Cień

Czuję się bezużytecznie.

Nie mogę nawet powiedzieć, żebym żył z dnia na dzień. Nic nie planuję, na nic nie czekam. Żyję raczej z godziny na godzinę.

Mimo wszystko nie ma tragedii. Brak myśli samobójczych. Brak przesady z alkoholem, chociaż jest obecny, to prawda. 

Życie niskiej jakości. Na słabych ustawieniach. Ale nie na dnie.

Trwa okres lunatykowania. Chciałbym wyrwać się z transu i uciec.

wtorek, 16 lutego 2021

Kamień

Znowu w dół.

Nocne ataki paniki, paranoja.

Któraś z kolei przegrana w walce z alkoholem.

Omijanie lekcji.

Potworne zmęczenie.

Ogólne wyhamowanie. Brak siły na treningi i naukę. Poczucie porażki.

Nienawiść.

Nie mogę spać.

Paraliżujące myśli o śmierci. 

Na razie tylko myśli o żyletce.

Ogromne poczucie winy, że nic nie robię.

Mam burdel w pokoju. 

Maile bez odpowiedzi.

Niepoprawione oceny, zaległe testy.

Czuję się chory.

Natłok wszystkiego.

Nie chcę jutro, właściwie dziś wstawać. Nie dam rady podnieść się z łóżka.

Jak zwykle, cykl za cyklem, będzie teraz źle.
Jest źle.

Dobranoc.

piątek, 29 stycznia 2021

Żaluzje

Już dość dawno temu, zaraz po ostatnim poście, poszedłem do sklepu po wódkę. W mojej sytuacji oznaczało to brodzenie w śniegu przez parę kilometrów. 

Ale czego nie zrobi Łukasz żeby się napić?

Po prostu musiałem. 

Na wsi wszyscy się znają. Kasjerka nie chciała zobaczyć dowodu. 

Powiedziała, że wie, że jestem rozsądnym chłopcem i nie robię głupot.

Aż zabrakło mi wtedy słów. Sparaliżowało mnie. Chyba nie powiedziałem jej "do widzenia".

Wracałem do domu z papierosem w gębie i butelką w kieszeni. Starałem się nie myśleć.

Wróciłem i piłem do nocy w swoim własnym towarzystwie. Słuchałem muzyki. Znowu wspaniale. Było dobrze, było fajnie. Rutyna.

Wcale nie było wspaniale. Było potwornie. Było najgorzej od dawna. 

Nie czułem się jak prawdziwa osoba. Nie wiedziałem czy żyję. I czułem się cholernie samotnie. Kiedy jesteś pijany, a nikogo nie ma obok, nie masz komu powiedzieć co się dzieje w twojej głowie. Tylko powiedzieć, bo wcale nie chciałbym słuchać odpowiedzi. I jesteś zbyt pijany, żeby to napisać w wiadomości, bo litery się zlewają. Jesteś przerażająco sam.

Było mi bardzo źle. Z perspektywy czasu czuję to wyraźniej niż wtedy. To był potworny wieczór, choć z pozoru nie wydawał się taki. Nie byłem sobą, nie byłem nawet ułamkiem siebie. Stałem się kimś innym na chwilę. W słuchawkach psychodela, w głowie szumiało, a obok nie było nikogo. 


Zaraz potem mój mózg zaczął wmawiać mi, że wszyscy mnie nienawidzą.

Wydawało mi się, że jestem żenujący, że moi przyjaciele mają mnie dość, że wszyscy mają mnie dość. Moich słów. Powinienem się zamknąć. Jestem irytujący. To było potwornie silne przeczucie.

Odmówiłem wtedy spotkania z całą naszą grupą. Wymyśliłem najprostszą wymówkę i zniknąłem. Bałem się tam iść. Bałem się popsuć wszystko swoją obecnością. Miałem zbyt silne przeczucie, ze mnie tam nie chcą. Postanowiłem, że dokończę niedopitą wódkę sam. 


Mniej więcej w tym samym czasie jedno z Was napisało mi, żebym spróbował nie pić przez chociaż dwa dni. 

I wszystko nagle spadło mi na głowę.

Ten mail.

Pytanie samego siebie, czy dam radę nie pić aż dwa dni. Aż. 

Aż.

Uświadomienie sobie, jak żałosne to jest.

I na koniec spadło na mnie ponownie to, co powiedziała kasjerka. 

Rozsądny chłopiec.

Mój Boże.

Jakby mnie ktoś uderzył.

Wylałem resztki z butelki. Byłem... Nie wiem. Nie wiem co było dalej.


Nie piłem do weekendu.

W weekend blokada przed spotkaniami odrobinę się zwolniła i nocowałem u Mateusza. Oglądaliśmy głupie filmy. Kupił nam sześciopak piwa.

Nie tknąłem ani jednego. 

Nawet nie wiem dlaczego. W poprzednich dniach alkohol kusił. Przestał gdy miałem go na wyciągnięcie ręki.


Pierwszy raz od dawna próbowaliśmy ze sobą rozmawiać. Wiem, że to już nigdy nie będzie to. On już od długiego czasu nie potrafi mnie zrozumieć. Nie szkodzi, ja sam nie potrafię.

Powiedziałem mu o tej blokadzie, która mówi mi, że wszyscy mnie nienawidzą. Mówiliśmy o relacjach w naszej grupie. Nie była to optymistyczna rozmowa, w ogóle nie zatrzymała lęku, może nawet przeciwnie. Ale była rozmową. A to już bardzo rzadkie.


Wychodzi na to, że nie piję od kilkunastu dni. Szkoła miała w tym duży udział. Właśnie, w międzyczasie skończyły się ferie. 

W pierwszym tygodniu po przerwie spałem godzinami, w nocy i w dzień, kiedy tylko się dało, do tego kawa. Teraz nie jestem ani trochę zmęczony, chociaż zacząłem ćwiczyć, a rano budzę się po trzech godzinach snu. I nie potrzebuję spać dalej.

Jak jest teraz? Ciało aktywne, mózg dziwny. Raczej bez dramatów. Element stały się nie zmienia: nic nie daje mi pełni radości. Wszystko staje się coraz słabsze. Świat jest wyblakły, dni identyczne, mimo że nie jest mi źle. Wszystko mi się udaje, wszystko idzie w miarę dobrze, do przodu, bez porażek.

 

Miałem sen, że kończył się świat. Była niedziela, leżałem w białej pościeli w mieszkaniu gdzieś na ostatnim piętrze wieżowca w dużym mieście. Nie widziałem tego, ale było czuć, że gdzieś na zachodzie jest ocean. Slonce świeciło pomarańczowym popołudniowym światłem i wdzierało się przez żaluzje do pokoju zostawiając pożegnalne pręgi na ścianach. Zaraz miało się coś stać. Robiło się coraz cieplej. Nikogo to nie obchodziło. Był absolutny spokój. Każdy był z tym pogodzony, może nawet na to czekaliśmy. Ludzkość rozpuszczała się powoli jak kostka lodu, kiedy słońce nurkowało w oceanie, dosłownie. Zrobiło się gorąco, najprzyjemniej gorąco, żarem kończącego się życia. Ja zasypiałem, świat kończył się bardzo powoli, tak jak powoli dzień przechodzi w wieczór. Nie doczekałem ciemności. Jeszcze w pełnym świetle i najcudowniejszym ciepłe zapadłem twarzą w miękką pościel i stopiłem się z wszechświatem.

To był dobry sen.