środa, 13 stycznia 2021

Sufit

Wczoraj miałem jednoosobową imprezę z winem, papierosami i psychodelicznym rockiem. To było wspaniałe. 

Nie mam pojęcia jak się czuję. Jestem chyba w "zmianie faz". Wiruję między euforią i smutkiem.

Z jednej strony wszystko jest całkiem w porządku, funkcjonuję zaskakująco dobrze. Uczę się i chodzę na spacery, sprzątam, czytam. Dzień kończę z poczuciem zadowolenia, że nie byłem bezużyteczny. A to dużo jak na mnie.

Z drugiej strony... Nie umiem zasnąć bez napicia się. Siadam sam z butelkami i swoimi myślami. A one stają się dziwne. Zaczyna się powolne osuwanie w spiralę autodestrukcji. I znowu ból wydaje się być słodki. Niszczenie siebie daje chorą satysfakcję.

Dlatego boję się końca ferii. Boję się, co zrobię, kiedy nie będę mógł już codziennie pić.

Znowu nie wiem jak skończyć.

Enter.

piątek, 8 stycznia 2021

Paznokieć

Nie mam nic szczególnego do powiedzenia.

Już wiem, że raczej nie pojadę nad morze. 

Ten tydzień to strzępki najróżniejszych myśli. I huśtawka.

Od Sylwestra nie było ani jednego dnia bez alkoholu. 

W niedzielę wódkę piłem na szklanki. Szybko poległem. I o to chodziło.

Odciąć się od siebie.

Zatrzymać wylew myśli. Jeszcze nie jestem gotowy przyznać sam przed sobą, o czym. To był chyba nawet fałszywy alarm.

Nie mam czasu na miłość. Nie mam siły się zakochać. Jeszcze nie czas.

Noce są przykre. Dni potwornie długie.

Mimo wszystko mam zrywy energii i nie jestem bezczynny. Raz nawet byłem z siebie dumny. Nauka idzie całkiem dobrze.

Nie mam aktualnie nikogo, kto chciałby mnie wysłuchać. 

Znowu mają mnie dość. Nie mówię więc. Tylko grzecznie piję.

Z drugiej strony nie mam nic do powiedzenia. Nie umiałbym się teraz wyrazić. 

Atmosfera jest dziwna. 

Jedzenie wywołuje wstręt.

Za długo śpię.

Oglądam zdjęcia. Tęsknię. Nie za ludźmi, nie za miejscami.

Za tym co czułem.

Dzisiaj był piękny wschód i zachód słońca. Wynurzanie spomiędzy chmur, potem zatapianie w nich.

Nie widziałem gwiazd od tygodni.

Muzyka jednocześnie trzyma mnie przy życiu i torturuje.

Powoli planuję przyszłość i bardzo się boję.

Wczoraj czy przedwczoraj myślałem, czy by się nie pociąć, ale zgubiłem żyletkę.

Wycofali z produkcji moje tabletki.

Piwo ma podrożeć podobno.

Będziemy pić wtedy już tylko wódkę.

Śnieg topnieje. 

Śnią mi się źdźbła trawy.

Czytam o mechanice kwantowej.

Rozebrałem choinkę. Irytowała mnie.

Ciężko mi wytrzymać w domu. 

Chodzę na spacery pod wiatrak. Tam palę papierosy i szukam słów.

Nie czuję się źle. Nie czuję się teraz wcale.

Dlatego ciężko być przytomnym.

Głupoty. Same głupoty.

Enter.

sobota, 2 stycznia 2021

Płomienie

To był potwornie dziwny rok.

Pierwsze jego miesiące spędziłem za mocno zakochany w nieodpowiedniej osobie. Najadłem się tyle strachu, stresu, zmartwień i rozterek, że posiwiałem. 

Rollercoaster. 

Z jednej strony dni niepewności, bezbrzeżnego smutku, bezradności, jeżdżenie wielokrotnie po szpitalach w całym województwie. Z drugiej strony wspaniałe dni, randki, wspólne noce, ciepło, wspólne zrozumienie. Tak, to była jedna z nielicznych osób, które miały szansę naprawdę mnie zrozumieć przynajmniej w niektórych kwestiach.

W międzyczasie wybuchła pandemia. Wiosenna kwarantanna przyniosła gwałtowne odcięcie się od świata z powodu bardzo mocnego reżimu oraz ogólne zupełne zmienienie się zachowań, priorytetów, rutyn. A to zamknięcie odkryło przede mną bardzo ciemne zakątki mojego umysłu, których nigdy wcześniej nie zwiedziłem.

Chodziłem na spacery do lasu i w pola, ale wkrótce przestałem, przynajmniej samotnie. To generowało za dużo okazji do myślenia. A ja w moim myśleniu wchodzę bardzo głęboko do mętnej wody.

W kwietniu byłem najbliżej śmierci od lat. Był dzień, w którym byłem pewny, że jutro nie nadejdzie.

Szybko zacząłem więc woleć zostawać w domu i oglądać jakieś pierdoły, byle tylko nie myśleć o sobie. Zająć się czymś. Tak jest do tej pory, może nie zawsze, ale głównie.

Późną wiosną zakochałem się na nowo w butelce. Właściwie popijałem sobie od początku roku, ale bliżej lata alkohol uderzył mi do głowy mocniej niż kiedykolwiek.

Moja ponad półroczna, przedziwna relacja z Alkiem zakończyła się wraz z początkiem lata, wakacji. To przestało mieć sens. Nie pomagaliśmy sobie. Nie żałuję jednak tego absolutnie. Bardzo się cieszę, że to wszystko miało miejsce. Potrzebne było mi to doświadczenie. Potrzebne były mi zarówno te dobre chwile, w których uczyłem się kochać i opiekować kimś, jak i te bardzo złe. Nauczyłem się też, czego się wystrzegać i jakich osób unikać.

Z wakacjami zaczęła się za to moja powierzchowna, lecz zarazem intensywna relacja z Grześkiem. Nie szukałem na siłę pocieszenia po Alku, po prostu tak się złożyło. Bardzo wcześnie zrozumieliśmy, że nie będzie z tego nic poważnego. Nazywali nas "party boyfriends". I faktycznie tak było. Widywaliśmy się często, bo w wakacje chodziliśmy na domówkę za domówką. Upijaliśmy się, tańczyliśmy, całowaliśmy i budziliśmy się razem. To nie było nic szczególnego. Napędzał nas alkohol.

No właśnie, alkohol. 

Od maja do września tak wyglądało moje życie. Wlewaliśmy w siebie potworne ilości wódki czy wina, tańczyliśmy w letnim deszczu, leżeliśmy zamroczeni pod gwieździstym niebem. Jeśli akurat wypadał dzień, w którym się nie widzieliśmy, to piłem sam. To przypominało radość. Odkryłem potęgę alkoholu. Całkowicie mu się poddałem. Stałem się zwierzęciem. Nie chciałem czuć nic oprócz cudownego znieczulenia, który on daje. 

Mimo wszystko nie byłem szczęśliwy. Często bywało ze mną źle. Właściwie od Walentynek już nigdy potem nie byłem szczęśliwy. W jakiś dzień wakacji znowu byłem bliski śmierci. Zaryczany pytałem Boga, wszechświat, cokolwiek, dlaczego jeszcze żyję. 

W sierpniu powiedziałem swojej mamie, że nie jestem heteroseksualny. Odebrała to po prostu z tolerancją, nic więcej, ale na szczęście też nie mniej. Dwa dni wcześniej skończyłem 18 lat. 

We wrześniu zacząłem klasę maturalną. To dość duże wyzwanie dla tak zmęczonego człowieka. A będzie tylko gorzej.

Dlatego też we wrześniu podjąłem próby rozpoczęcia terapii zakończone klęską. Typowo dla mnie zniechęciłem się, a gdy przełamałem się na nowo, covid odciął mi możliwość ponownej próby.

Szkoła nie powstrzymywała mnie od picia, jednynie nieco zmniejszyła częstotliwość. W bardzo złe dni potrafiłem jednak pić rano, przed lekcjami. Alkohol zrobił ze mnie potwora.

W tym roku rzadko się ciąłem, ale jeśli już, to porządnie. W nowy rok wkroczyłem z wciąż bardzo wyraźnymi bliznami.

W październiku znowu zdalne. To ułatwia picie w dni robocze. To znowu zmienia tryb życia na przerażająco bierny. I mierny.

Końcówka roku względnie produktywna, odrobinę lepsza. Z tyłu głowy wciąż świadomość możliwych bliskich zmian na gorsze. W tle cały czas alkohol.

Ostatni dzień roku spędziłem ze wszystkimi moimi przyjaciółmi. Całowałem się z Grześkiem. Piliśmy wszyscy wódkę na pustej ulicy i oglądaliśmy fajerwerki.

Czy byłem szczęśliwy? Nie. Może jedynie Grzesiek dał mi minimalną iskrę radości. Ale ogólnie brak wyższych pozytywnych emocji. Byłem wręcz zawiedziony tym, że nie potrafiłem się upić tak porządnie jak zazwyczaj.

2020 to dziwne zmiany trybu życia, ciężkie okresy, toksyczna miłość, alkohol, brak szczęścia. Przede wszystkim brak szczęścia.

Zaczyna się chyba piąty rok prowadzenia bloga.

Będą zmiany. Idę na studia.

Nie mam postanowień noworocznych. Mam tylko dwa życzenia. Chcę jechać nad morze. I chcę w końcu przeżyć dzień, po którym uznam, że naprawdę byłem w pełni szczęśliwy. Dzień, po którym nie będę zawiedziony. Po którym nie będę sobie mówić: "do cholery, przecież było całkiem dobrze, dlaczego ja nie czuję radości?".

To tylko cyferki, ale proszę, niech będzie w 2021 chociaż trochę lepiej na świecie. I u Was. I u mnie.

piątek, 18 grudnia 2020

Chemia

Trwa dziwny okres. 

Zawsze, kiedy jestem na którymś krańcu tych skrajności, wydaje mi się, że tak już będzie zawsze. Jest intensywnie. Zapominam, że da się żyć inaczej. Kiedy jest źle - jest bardzo źle, tragicznie. Mam przeświadczenie, że niedługo umrę, że rozpacz się nie skończy.

Ale ona się kończy.

Potem przychodzi czas podwyższonego nastroju. Jest dobrze - bardzo dobrze, zero złych emocji. Mam wrażenie, że teraz już zawsze będzie okej, że już do końca życia będzie w porządku.

Ale to się kończy.

I tak w kółko. Czasem jeszcze okresy pustki, przejściowe, ambiwalentne.

Teraz jest jednak inaczej, dziwnie. Jestem w stanie lepszego samopoczucia, ale w pełni świadomy, że to się skończy. Czuję się trochę tak, jakbym obserwował siebie z boku. 

Ostatnio nie jest niby źle.

Od dwóch tygodni nie potrzebuję szczególnie snu. W ciągu tych kilkunastu dni najwięcej godzin ile udało mi się przespać to 5, nigdy więcej. Ale nie ma to na mnie wpływu, funkcjonuję zupełnie normalnie. Czasami wypiję kawę jeśli potrzebuję szczególnego kopa dla mózgu.

Przez ten czas dużo pracuję. Mam stałą siłę na naukę na poziomie przynajmniej dobrym, a zdarzają się też wyrzuty energii, szczególnie późnymi wieczorami, kiedy czuję, że mogę pisać doktoraty, epopeje i podręczniki do matematyki.

Nie piję.

Wróciłem na basen po bardzo długiej przerwie. Jak się spodziewałem, nie dało mi radości, ale dla mnie cudowne poczucie, że mam jakieś zajęcie.

Dziwna sprawa. Pierwszy raz był w porządku, a za drugim dostałem ataku paniki na środku toru. Myślę, że przyczyną, zalążkiem lęku była myśl chodząca mi wtedy po głowie, że jestem w bardzo słabej formie i źle mi się ćwiczy. Czułem wielką wściekłość na siebie, ruchy wydawały mi się nieskładne, rozregulowane, chaotyczne, idiotyczne. Jakbym uczył się pływać od nowa. Nie mogłem przepłynąć ciągiem ani jednej długości. Jakoś mnie to jak okropnie zirytowało, zachciało mi się płakać, ścisnęło mi się gardło. Nie wiem dlaczego. Przecież to normalne po takim czasie, no i tydzień wcześniej nic takiego nie wystąpiło. Może to dlatego, że przerwała się passa "osiągnięć". Pierwszy raz w okresie tych kilkunastu dni coś mi mocno nie wyszło i reakcja na to niepowodzenie urosła do absurdalnych rozmiarów.

Słucham nawet innej muzyki niż zazwyczaj. Zostawiłem swoją klasyczną playlistę z piosenkami, które potrafią skutecznie dobić człowieka i poprawić butem. Dawno nie widziałem się z Bowiem, teraz znowu jesteśmy w bliskich stosunkach. Nie musi mnie teraz pocieszać, bo czuję się po prostu w porządku. Słucham miłych rzeczy.

Czuję też, że mam prawie wszystko pod kontrolą, wszystko jest dobrze rozplanowane, ze wszystkim zdążę. To jest też dla mnie bardzo ważne i poszukiwane uczucie.

Jest zwyczajnie okej. Brak szczęścia, brak rozpaczy, po prostu spokój, odprężenie, pracowitość, czasem nawet entuzjazm. 

Właśnie, już wiem. Nie ma wybuchów szczęścia, nie ma euforii. Tego i poczucia, że będzie to niekończący się okres, brakuje mi tym razem w tej mojej "manii". Wydaje się przygaszona, stłumiona. Jakby mój mózg zauważał dużą, miłą różnicę nie odbierając tak wiele negatywów, stresu, smutku, lęku. On to "widzi" i "docenia". Ale jednocześnie jakby stracił całą zdolność odbierania radości czy szczęścia. 

Więc ogólnie jest miło. Mogłoby tak zostać. Jedyne, czego brakuje mi do szczęścia, to właśnie szczęścia. Nie ma radości ani z rzeczy małych, ani z ogromnych. Nie wiem, co musiałoby się stać, żeby mnie prawdziwie, szczerze ucieszyć.

Na razie doceniam, że żyję bez rozpaczy, niech będzie i tylko to. Cały czas wyjątkowo jednak pamiętam o tym, że to się może niebawem skończyć. Wyglądam znaków, że wraca "depresja". Ciężko to opisać. Po prostu uczucia, które powinny być sobie w podświadomości, wychodzą na pierwszy plan.

Nie zagoiły się wciąż rany po ostatnim cięciu. To było tak dawno. Są doskonale widoczne i krzyczą w twarz ludziom na basenie, ale tam nikt nie patrzy na innych. I dobrze.

Często myślę sobie: a może po prostu ludzie tak żyją? Może po dzieciństwie nie odczuwa się radości? Może inni też mają ją tak mocno stłumioną? Jak dla innych wygląda szczęście, jak je odczuwają?

Kończę słowotok.

Enter.

środa, 9 grudnia 2020

Południowy zachód

Nie jestem szczęśliwy, ale znalazłem na powrót źródło spokoju.

Nigdy w moim życiu nie widziałem tak przepięknego nieba.

Czuję się tak cudownie bezpiecznie i spokojnie patrząc w roziskrzony nieboskłon.  Jest krystalicznie przejrzysty, jaka miła niespodzianka. Zaprasza mnie. Dokładnie tak się czuję. Zapraszany, chciany, mile widziany. Przez te parę minut jest mi wygodnie w mojej duszy. Czuję się czysty, jest we mnie tylko blask gwiazd.

Przestaję odczuwać chłód. Dopiero po przyjściu do domu zauważam zmrożone palce, które trudno rozprostować. Zauważam, że jest po trzeciej w nocy. To tak bardzo odległe, kiedy tam stoję. Świat istnieje obok mnie, ja tylko patrzę w górę.

Kasjopei nigdy nie widziałem tak nisko. Zawsze tak daleka, teraz wygląda jakby zastanawiała się, czy kiedyś musnąć Ziemię dłonią. Zamieniła się miejscem z Wielką Niedźwiedzicą, główną akrobatką. Woźnica wydaje się być tak poczciwy. Wielki Pies jest częściowo schowany, ale Syriusz sprawia, że nie da się go przeoczyć. Nie mogę oderwać wzroku od jasnego, szybko migoczącego blasku. Zauważam Perseusza w pełnej okazałości. Teraz, gdy jest niżej, łatwiej go bliżej poznać. Niedawno poznałem też Wieloryba i jestem nim oczarowany. Widzę w końcu Lwa. Mój znak.

Bliźnięta są wspaniałe, tak przyjemnie się na nich patrzy. Nierozłączni. Mają siebie nawzajem. W tym tygodniu są radiantem Geminidów. Zawsze, przy każdym meteorze przechodzi mi dreszcz po plecach. Jakbym nie mógł uwierzyć, czy naprawdę je widuję, choć nie są wcale rzadkie. Jakby były specjalnie dla mnie. Jakby Castor i Pollux mnie pozdrawiali. Są przecież moimi przyjaciółmi.

Wszyscy są moimi przyjaciółmi. Naprawdę tak o nich myślę. Uważam ich za wspaniałych towarzyszy. I naprawdę miłym uczuciem jest rozpoznawać ich po kolei na nocnym niebie, witać z uśmiechem, z rozchylonymi ustami. Im można wszystko powiedzieć. Oni są tacy życzliwli i ciepli.

Jest jeden towarzysz, który zajmuje specjalne miejsce. Orion jest moim najlepszym przyjacielem. To ktoś, kogo szuka się wzrokiem wśród tłumu. Ktoś, o kim wiesz, że jednym spojrzeniem rozwiąże twoje wszystkie problemy. Co noc czekam, żeby go powitać. Jest ojcem grudniowego nieba. Wydaje się tak cudownie przyjazny.

Jestem smutny. Uśmiecham się jednak.

Jestem wdzięczny za te emocje. Jest mi bardzo ciepło na tym mrozie.



wtorek, 24 listopada 2020

Asfalt

Spadam w otchłań, w bezpieczną, przytulną, dobrze znaną przepaść bólu.

Słodki, słodki ból. Rozkoszne cierpienie.

Nie wyobrażam sobie innego życia.

Cierpkie wino. Nie umiem bez niego wytrzymać.

Ciężki oddech. Ciężka głowa.

Nigdy nie będzie dobrze. 

Już zadomowiłem się w piekle.

sobota, 21 listopada 2020

Szron

 Łzy nie chcą przestać lecieć. Nawet nie wiem z jakiego powodu. Może z żadnego, a może z wszystkich jakie istnieją.

Znów tak potwornie brak mi sił, żeby odpisać na wasze komentarze, maile, przepraszam...

czwartek, 12 listopada 2020

Tchnienie

Za każdym razem gdy byłem blisko śmierci czułem niepohamowaną radość, ekscytację i niecierpliwość. W tle tliły się jedynie myśli o niedokończonych sprawach i o siostrze. Ale zawsze tak strasznie miałem chęć przeć do przodu w takich sytuacjach. Do "światełka na końcu tunelu". Postawić jeszcze parę kroków. Wizja końca była ekscytująca.

A kiedy już niebezpieczeństwo się kończyło albo "odratowywano" mnie na przeróżne sposoby, nadchodził przytłaczający zawód i rozpacz. Niedowierzanie, że mogło być już po wszystkim. Chęć powrotu. Żal, że nie postawiłem kolejnego kroku.


Jestem na autopilocie, we mgle, po omacku.


Moja ostatnia deska ratunku, alkohol, przestał dawać radość. Żaden rodzaj, żadna ilość. Nawet pity do nieprzytomności - to nie to. Sen to nie szczęście, sen to odcięcie, spokój. Ale nie radość.

Dlatego rzucam to. Jedyna chyba dobra rzecz z tego wszystkiego. Skoro nie mam już z picia żadnego pożytku, to wolę ominąć chociaż przykrości dnia następnego.

Boję się, jak będę teraz żyć.

Nie mam już żadnej złudy szczęścia. Nic, dla czego warto być przytomnym.


O, to nie do końca prawda. Teraz sobie uświadomiłem, że coś wywołuje dziką przyjemność.

Żyletki.