sobota, 2 stycznia 2021
Płomienie
piątek, 18 grudnia 2020
Chemia
Trwa dziwny okres.
Zawsze, kiedy jestem na którymś krańcu tych skrajności, wydaje mi się, że tak już będzie zawsze. Jest intensywnie. Zapominam, że da się żyć inaczej. Kiedy jest źle - jest bardzo źle, tragicznie. Mam przeświadczenie, że niedługo umrę, że rozpacz się nie skończy.
Ale ona się kończy.
Potem przychodzi czas podwyższonego nastroju. Jest dobrze - bardzo dobrze, zero złych emocji. Mam wrażenie, że teraz już zawsze będzie okej, że już do końca życia będzie w porządku.
Ale to się kończy.
I tak w kółko. Czasem jeszcze okresy pustki, przejściowe, ambiwalentne.
Teraz jest jednak inaczej, dziwnie. Jestem w stanie lepszego samopoczucia, ale w pełni świadomy, że to się skończy. Czuję się trochę tak, jakbym obserwował siebie z boku.
Ostatnio nie jest niby źle.
Od dwóch tygodni nie potrzebuję szczególnie snu. W ciągu tych kilkunastu dni najwięcej godzin ile udało mi się przespać to 5, nigdy więcej. Ale nie ma to na mnie wpływu, funkcjonuję zupełnie normalnie. Czasami wypiję kawę jeśli potrzebuję szczególnego kopa dla mózgu.
Przez ten czas dużo pracuję. Mam stałą siłę na naukę na poziomie przynajmniej dobrym, a zdarzają się też wyrzuty energii, szczególnie późnymi wieczorami, kiedy czuję, że mogę pisać doktoraty, epopeje i podręczniki do matematyki.
Nie piję.
Wróciłem na basen po bardzo długiej przerwie. Jak się spodziewałem, nie dało mi radości, ale dla mnie cudowne poczucie, że mam jakieś zajęcie.
Dziwna sprawa. Pierwszy raz był w porządku, a za drugim dostałem ataku paniki na środku toru. Myślę, że przyczyną, zalążkiem lęku była myśl chodząca mi wtedy po głowie, że jestem w bardzo słabej formie i źle mi się ćwiczy. Czułem wielką wściekłość na siebie, ruchy wydawały mi się nieskładne, rozregulowane, chaotyczne, idiotyczne. Jakbym uczył się pływać od nowa. Nie mogłem przepłynąć ciągiem ani jednej długości. Jakoś mnie to jak okropnie zirytowało, zachciało mi się płakać, ścisnęło mi się gardło. Nie wiem dlaczego. Przecież to normalne po takim czasie, no i tydzień wcześniej nic takiego nie wystąpiło. Może to dlatego, że przerwała się passa "osiągnięć". Pierwszy raz w okresie tych kilkunastu dni coś mi mocno nie wyszło i reakcja na to niepowodzenie urosła do absurdalnych rozmiarów.
Słucham nawet innej muzyki niż zazwyczaj. Zostawiłem swoją klasyczną playlistę z piosenkami, które potrafią skutecznie dobić człowieka i poprawić butem. Dawno nie widziałem się z Bowiem, teraz znowu jesteśmy w bliskich stosunkach. Nie musi mnie teraz pocieszać, bo czuję się po prostu w porządku. Słucham miłych rzeczy.
Czuję też, że mam prawie wszystko pod kontrolą, wszystko jest dobrze rozplanowane, ze wszystkim zdążę. To jest też dla mnie bardzo ważne i poszukiwane uczucie.
Jest zwyczajnie okej. Brak szczęścia, brak rozpaczy, po prostu spokój, odprężenie, pracowitość, czasem nawet entuzjazm.
Właśnie, już wiem. Nie ma wybuchów szczęścia, nie ma euforii. Tego i poczucia, że będzie to niekończący się okres, brakuje mi tym razem w tej mojej "manii". Wydaje się przygaszona, stłumiona. Jakby mój mózg zauważał dużą, miłą różnicę nie odbierając tak wiele negatywów, stresu, smutku, lęku. On to "widzi" i "docenia". Ale jednocześnie jakby stracił całą zdolność odbierania radości czy szczęścia.
Więc ogólnie jest miło. Mogłoby tak zostać. Jedyne, czego brakuje mi do szczęścia, to właśnie szczęścia. Nie ma radości ani z rzeczy małych, ani z ogromnych. Nie wiem, co musiałoby się stać, żeby mnie prawdziwie, szczerze ucieszyć.
Na razie doceniam, że żyję bez rozpaczy, niech będzie i tylko to. Cały czas wyjątkowo jednak pamiętam o tym, że to się może niebawem skończyć. Wyglądam znaków, że wraca "depresja". Ciężko to opisać. Po prostu uczucia, które powinny być sobie w podświadomości, wychodzą na pierwszy plan.
Nie zagoiły się wciąż rany po ostatnim cięciu. To było tak dawno. Są doskonale widoczne i krzyczą w twarz ludziom na basenie, ale tam nikt nie patrzy na innych. I dobrze.
Często myślę sobie: a może po prostu ludzie tak żyją? Może po dzieciństwie nie odczuwa się radości? Może inni też mają ją tak mocno stłumioną? Jak dla innych wygląda szczęście, jak je odczuwają?
Kończę słowotok.
Enter.
środa, 9 grudnia 2020
Południowy zachód
wtorek, 24 listopada 2020
Asfalt
Spadam w otchłań, w bezpieczną, przytulną, dobrze znaną przepaść bólu.
Słodki, słodki ból. Rozkoszne cierpienie.
Nie wyobrażam sobie innego życia.
Cierpkie wino. Nie umiem bez niego wytrzymać.
Ciężki oddech. Ciężka głowa.
Nigdy nie będzie dobrze.
Już zadomowiłem się w piekle.
sobota, 21 listopada 2020
Szron
Łzy nie chcą przestać lecieć. Nawet nie wiem z jakiego powodu. Może z żadnego, a może z wszystkich jakie istnieją.
Znów tak potwornie brak mi sił, żeby odpisać na wasze komentarze, maile, przepraszam...
czwartek, 12 listopada 2020
Tchnienie
Za każdym razem gdy byłem blisko śmierci czułem niepohamowaną radość, ekscytację i niecierpliwość. W tle tliły się jedynie myśli o niedokończonych sprawach i o siostrze. Ale zawsze tak strasznie miałem chęć przeć do przodu w takich sytuacjach. Do "światełka na końcu tunelu". Postawić jeszcze parę kroków. Wizja końca była ekscytująca.
A kiedy już niebezpieczeństwo się kończyło albo "odratowywano" mnie na przeróżne sposoby, nadchodził przytłaczający zawód i rozpacz. Niedowierzanie, że mogło być już po wszystkim. Chęć powrotu. Żal, że nie postawiłem kolejnego kroku.
Jestem na autopilocie, we mgle, po omacku.
Moja ostatnia deska ratunku, alkohol, przestał dawać radość. Żaden rodzaj, żadna ilość. Nawet pity do nieprzytomności - to nie to. Sen to nie szczęście, sen to odcięcie, spokój. Ale nie radość.
Dlatego rzucam to. Jedyna chyba dobra rzecz z tego wszystkiego. Skoro nie mam już z picia żadnego pożytku, to wolę ominąć chociaż przykrości dnia następnego.
Boję się, jak będę teraz żyć.
Nie mam już żadnej złudy szczęścia. Nic, dla czego warto być przytomnym.
O, to nie do końca prawda. Teraz sobie uświadomiłem, że coś wywołuje dziką przyjemność.
Żyletki.
środa, 4 listopada 2020
Szkarłat
Coś zaczyna się dziać, jeszcze nie wiem co, ale już czuję, że coś się we mnie kotłuje. Kiedy nie pisałem, było przynajmniej stabilnie. Teraz wirowanie. Pewnie za kilka dni będzie nieprzyjemnie.
Zmienia się.
Wiele dni przespanych, minimum po 15 godzin. Wata w mózgu, zupełna niemoc do jakichkolwiek działań. Wręcz nie mogłem mówić, złożenie zdania to było zbyt wiele. Najprostsze decyzje były niemożliwe do podjęcia. Nie jadłem, chyba że ktoś mi przyniósł jedzenie, bo nie potrafiłem sam zdecydować, czy jestem głodny. Nie mogłem zrobić nic. Wata z mózgu. Tylko spać, spać.
Teraz bezsenność, absolutna bezsenność mimo wielu godzin na nogach, idzie trzecia doba. Brak snu mimo zmęczenia, aktywności fizycznej i umysłowej. Wciągnięcie się w wir pracy. Godziny bez snu to godziny przesiedziane za biurkiem, spędzone na jak najbardziej mozolnej robocie, choć niezbyt trudnej, bo wciąż czuję się głupi. Jakby moja zdolność przyswajania informacji była wciąż ciężko zaburzona. Idzie bardzo powoli, skupienie się jest niewyobrażalnym trudem. Ale trzeba mi się czymś zająć.
Picie. Nie tak wiele, nie tak regularnie, ale znów.
Głębokie przekonanie o nadchodzącej śmierci. Nie bardzo bliskiej, nie snucie planów, nawet nie faktyczne myśli samobójcze. Po prostu poczucie, że na pewno za parę lat, za niedługo będę martwy. Ostatnie dwa dni szczególnie dużo o tym myślę. Tęskni mi się za śmiercią. Marzy mi się grobowa nicość, spokój, nieświadomość. Niebyt.
Trochę wspomnień. To już rok odkąd zaczął się cyrk z Alkiem. Wspomnienia mocno mnie zalewają, gdy mijam miejsca, w których działa się ta historia. Przypominają mi się też wakacje, cudowny czas pod znakiem nietrzeźwej nieprzytomności. Te wszystkie obrazy generują we mnie bardzo skomplikowane, trudne do określenia emocje. Chyba mieszankę wszystkich. Zupełnie nie umiem ich opisać.
Przede wszystkim nie czuję szczęścia i teraz nawet nie potrafię już wskazać ostatniego momentu, kiedy czułem coś chociaż podobnego. Wiadomo, istnieją tylko szpilki radości, najcieńsze, niewyobrażalnie słabe promyki pozornego zadowolenia, kiedy dzieje się coś dobrego. Prawdziwego szczęścia nie ma. Nie cieszy mnie nic, już zupełnie nic nie sprawia szczerej radości na dłużej niż jeden grzeczny uśmiech. Ja nawet nie pamiętam jak to jest. Wiem tylko, że kiedyś potrafiłem czuć szczęście, takie wewnętrzne, długie szczęście, silnik energii, radość. Mam zdjęcia z tych miejsc, tych chwil, kiedy pamiętam że byłem prawdziwie szczęśliwy, ale nie pamiętam tego uczucia, ani odrobinę. Teraz na nic nie czekam, a jeśli czekam, to wydarzenie w końcu i tak nie sprawia, że czuję się spełniony w choć najmniejszym stopniu.
Pewnie dlatego pragnę niebytu. Też nic nie czujesz, ale przynajmniej nie masz tego świadomości.
Chyba nie napisałem nic nowego. O tych rzeczach piszę już od tygodni.
Jednak nie chcę widzieć ludzi, nie chcę rozmawiać. Miałem taki odruch, żeby teraz zamiast pisać tutaj, to odezwać się do przyjaciół. Ale nie, coś mi w tym nie pasuje. Coś wydaje się w tym złym pomysłem. Może jakaś obawa przed niezrozumieniem, olaniem tematu, nie wiem. Nie do końca. Nawet nie chcę, żebyście Wy to czytali. Coś wydaje się głupie, złe, idiotyczne w fakcie, że ktoś będzie to czytał, ktoś będzie komentował. Nie mam pojęcia skąd to dziwne uczucie. Nie wiem o co mi chodzi.
Wymiotuję bezsensownymi myślami, ale wcisnę enter. Przecież to nie pierwszy raz.
piątek, 16 października 2020
Drzewa
Nastała jesień. Deszczowa, szara jesień.
Właściwie tu mógłbym skończyć. Czuję się tak jak drzewo za oknem. Opadły z sił, poszarzały, pozbawiony koloru, zbutwiały.
W szkole idzie średnio, niezbyt dobrze. Ostatnio dużo unikałem lekcji. Miałem po prostu dość. Jestem głupi. Opuściłem się. Boję się o maturę. Widzę swoje braki.
Od poniedziałku zdalne. Nie wiem co o tym sądzę. Obojętne mi to, jak wszystko wokół. Może się trochę cieszę, bo to zawsze odrobina mniej energii na przygotowanie się do szkoły, na dojazdy, na utrzymywanie uśmiechniętej miny... A ja tej energii mam tak mało.
Żyję w trybie energooszczędnym.
Myśli samobójcze w miarę ustały, na pewno te agresywne i "planujące", konkretne, bliskie plany. Rany po ostatnim cięciu wciąż się nie zagoiły, ale nie robiłem nowych. Prawie nie piję. Zdarzyło się tylko z 5 razy, przy czym tylko 2 porządne. Dobrze jak na mnie.
Po prostu nie bardzo żyję. Nie myślę zbyt dużo, nie robię zbyt dużo. Słucham audiobooków, oglądam seriale, czytam czasopisma żeby czymś zająć mózg i wtedy jest znośnie. Przede wszystkim śpię.
Nie myśleć o sobie. Nie myśleć zbyt głęboko. Tak żyję. Tak jest lepiej niż w rozpaczy.
Alek mnie męczy i drażni. Chciałbym, żeby dał mi spokój. Przeszłość to przeszłość. Miały być koleżeńskie stosunki, ale ciągłe kłótnie ze mną i resztą przyjaciół, oszustwa, z drugiej strony jawne lepienie się do mnie... Dość. Chyba już będzie dość, bo ostatnia drama była potężna. Raczej się już nie odezwie. Oby.
Terapia - nic nowego. Wiem, że muszę, czytam to od Was codziennie. Ale oczywiście dałem sobie spokój. Teraz to już w ogóle zjebałem, bo koronawirus nas znowu wszystkich uwięzi w domach. Nie mam warunków na e-wizytę. Na razie się nie przejmuję, nie odczuwam teraz wizyty jako palącej potrzeby, takiej jak poprzednio. Jest jak jest. Kiedyś wrócę do tematu.
Na pewno nie teraz, no bo właśnie, korona. Prawdopodobnie jestem zarażony. Jutro, właściwie to już dzisiaj powinienem poznać wynik.
Podsumowując: bardzo ciekawa nuda. Żyję. Kropka.
