czwartek, 12 listopada 2020

Tchnienie

Za każdym razem gdy byłem blisko śmierci czułem niepohamowaną radość, ekscytację i niecierpliwość. W tle tliły się jedynie myśli o niedokończonych sprawach i o siostrze. Ale zawsze tak strasznie miałem chęć przeć do przodu w takich sytuacjach. Do "światełka na końcu tunelu". Postawić jeszcze parę kroków. Wizja końca była ekscytująca.

A kiedy już niebezpieczeństwo się kończyło albo "odratowywano" mnie na przeróżne sposoby, nadchodził przytłaczający zawód i rozpacz. Niedowierzanie, że mogło być już po wszystkim. Chęć powrotu. Żal, że nie postawiłem kolejnego kroku.


Jestem na autopilocie, we mgle, po omacku.


Moja ostatnia deska ratunku, alkohol, przestał dawać radość. Żaden rodzaj, żadna ilość. Nawet pity do nieprzytomności - to nie to. Sen to nie szczęście, sen to odcięcie, spokój. Ale nie radość.

Dlatego rzucam to. Jedyna chyba dobra rzecz z tego wszystkiego. Skoro nie mam już z picia żadnego pożytku, to wolę ominąć chociaż przykrości dnia następnego.

Boję się, jak będę teraz żyć.

Nie mam już żadnej złudy szczęścia. Nic, dla czego warto być przytomnym.


O, to nie do końca prawda. Teraz sobie uświadomiłem, że coś wywołuje dziką przyjemność.

Żyletki.

środa, 4 listopada 2020

Szkarłat

 Coś zaczyna się dziać, jeszcze nie wiem co, ale już czuję, że coś się we mnie kotłuje. Kiedy nie pisałem, było przynajmniej stabilnie. Teraz wirowanie. Pewnie za kilka dni będzie nieprzyjemnie.

Zmienia się.

Wiele dni przespanych, minimum po 15 godzin. Wata w mózgu, zupełna niemoc do jakichkolwiek działań. Wręcz nie mogłem mówić, złożenie zdania to było zbyt wiele. Najprostsze decyzje były niemożliwe do podjęcia. Nie jadłem, chyba że ktoś mi przyniósł jedzenie, bo nie potrafiłem sam zdecydować, czy jestem głodny. Nie mogłem zrobić nic. Wata z mózgu. Tylko spać, spać.

Teraz bezsenność, absolutna bezsenność mimo wielu godzin na nogach, idzie trzecia doba. Brak snu mimo zmęczenia, aktywności fizycznej i umysłowej. Wciągnięcie się w wir pracy. Godziny bez snu to godziny przesiedziane za biurkiem, spędzone na jak najbardziej mozolnej robocie, choć niezbyt trudnej, bo wciąż czuję się głupi. Jakby moja zdolność przyswajania informacji była wciąż ciężko zaburzona. Idzie bardzo powoli, skupienie się jest niewyobrażalnym trudem. Ale trzeba mi się czymś zająć.

Picie. Nie tak wiele, nie tak regularnie, ale znów.

Głębokie przekonanie o nadchodzącej śmierci. Nie bardzo bliskiej, nie snucie planów, nawet nie faktyczne myśli samobójcze. Po prostu poczucie, że na pewno za parę lat, za niedługo będę martwy. Ostatnie dwa dni szczególnie dużo o tym myślę. Tęskni mi się za śmiercią. Marzy mi się grobowa nicość, spokój, nieświadomość. Niebyt.

Trochę wspomnień. To już rok odkąd zaczął się cyrk z Alkiem. Wspomnienia mocno mnie zalewają, gdy mijam miejsca, w których działa się ta historia. Przypominają mi się też wakacje, cudowny czas pod znakiem nietrzeźwej nieprzytomności. Te wszystkie obrazy generują we mnie bardzo skomplikowane, trudne do określenia emocje. Chyba mieszankę wszystkich. Zupełnie nie umiem ich opisać.

Przede wszystkim nie czuję szczęścia i teraz nawet nie potrafię już wskazać ostatniego momentu, kiedy czułem coś chociaż podobnego. Wiadomo, istnieją tylko szpilki radości, najcieńsze, niewyobrażalnie słabe promyki pozornego zadowolenia, kiedy dzieje się coś dobrego. Prawdziwego szczęścia nie ma. Nie cieszy mnie nic, już zupełnie nic nie sprawia szczerej radości na dłużej niż jeden grzeczny uśmiech. Ja nawet nie pamiętam jak to jest. Wiem tylko, że kiedyś potrafiłem czuć szczęście, takie wewnętrzne, długie szczęście, silnik energii, radość. Mam zdjęcia z tych miejsc, tych chwil, kiedy pamiętam że byłem prawdziwie szczęśliwy, ale nie pamiętam tego uczucia, ani odrobinę. Teraz na nic nie czekam, a jeśli czekam, to wydarzenie w końcu i tak nie sprawia, że czuję się spełniony w choć najmniejszym stopniu.

Pewnie dlatego pragnę niebytu. Też nic nie czujesz, ale przynajmniej nie masz tego świadomości. 

Chyba nie napisałem nic nowego. O tych rzeczach piszę już od tygodni. 

Jednak nie chcę widzieć ludzi, nie chcę rozmawiać. Miałem taki odruch, żeby teraz zamiast pisać tutaj, to odezwać się do przyjaciół. Ale nie, coś mi w tym nie pasuje. Coś wydaje się w tym złym pomysłem. Może jakaś obawa przed niezrozumieniem, olaniem tematu, nie wiem. Nie do końca. Nawet nie chcę, żebyście Wy to czytali. Coś wydaje się głupie, złe, idiotyczne w fakcie, że ktoś będzie to czytał, ktoś będzie komentował. Nie mam pojęcia skąd to dziwne uczucie. Nie wiem o co mi chodzi.

Wymiotuję bezsensownymi myślami, ale wcisnę enter. Przecież to nie pierwszy raz.


piątek, 16 października 2020

Drzewa

Nastała jesień. Deszczowa, szara jesień.

Właściwie tu mógłbym skończyć. Czuję się tak jak drzewo za oknem. Opadły z sił, poszarzały, pozbawiony koloru, zbutwiały. 

W szkole idzie średnio, niezbyt dobrze. Ostatnio dużo unikałem lekcji. Miałem po prostu dość. Jestem głupi. Opuściłem się. Boję się o maturę. Widzę swoje braki. 

Od poniedziałku zdalne. Nie wiem co o tym sądzę. Obojętne mi to, jak wszystko wokół. Może się trochę cieszę, bo to zawsze odrobina mniej energii na przygotowanie się do szkoły, na dojazdy, na utrzymywanie uśmiechniętej miny... A ja tej energii mam tak mało. 

Żyję w trybie energooszczędnym.

Myśli samobójcze w miarę ustały, na pewno te agresywne i "planujące", konkretne, bliskie plany. Rany po ostatnim cięciu wciąż się nie zagoiły, ale nie robiłem nowych. Prawie nie piję. Zdarzyło się tylko z 5 razy, przy czym tylko 2 porządne. Dobrze jak na mnie. 

Po prostu nie bardzo żyję. Nie myślę zbyt dużo, nie robię zbyt dużo. Słucham audiobooków, oglądam seriale, czytam czasopisma żeby czymś zająć mózg i wtedy jest znośnie. Przede wszystkim śpię.

Nie myśleć o sobie. Nie myśleć zbyt głęboko. Tak żyję. Tak jest lepiej niż w rozpaczy.

Alek mnie męczy i drażni. Chciałbym, żeby dał mi spokój. Przeszłość to przeszłość. Miały być koleżeńskie stosunki, ale ciągłe kłótnie ze mną i resztą przyjaciół, oszustwa, z drugiej strony jawne lepienie się do mnie... Dość. Chyba już będzie dość, bo ostatnia drama była potężna. Raczej się już nie odezwie. Oby. 

Terapia - nic nowego. Wiem, że muszę, czytam to od Was codziennie. Ale oczywiście dałem sobie spokój. Teraz to już w ogóle zjebałem, bo koronawirus nas znowu wszystkich uwięzi w domach. Nie mam warunków na e-wizytę. Na razie się nie przejmuję, nie odczuwam teraz wizyty jako palącej potrzeby, takiej jak poprzednio. Jest jak jest. Kiedyś wrócę do tematu.

Na pewno nie teraz, no bo właśnie, korona. Prawdopodobnie jestem zarażony. Jutro, właściwie to już dzisiaj powinienem poznać wynik. 

Podsumowując: bardzo ciekawa nuda. Żyję. Kropka.


wtorek, 22 września 2020

Bruk

Jestem potwornie zmęczony.

Nie mam w sobie siły, zupełna pustka. Czołgam się od poranka do wieczora. Od dnia do dnia. Nie potrafię napisać nic dłuższego, chociaż chcę, potrzebuję. Po prostu nie potrafię wykrzesać ani odrobiny energii. Choć targają mną wielkie emocje, nie umiem ich już opisać jak zazwyczaj. Nie umiem otworzyć edytora wieczorem, oczyścić się z trudu dnia. To wymaga skupienia. To wymaga siły.

Nie mogę. Na razie nie mogę.

Wkrótce odpowiem na maile. Moja zwłoka jest już o wiele za długa, ale nie potrafię teraz odpisać.

Nie mogę.

Idę spać.


piątek, 18 września 2020

Stal

Ta wizyta również się nie odbyła. Aż trudno w to uwierzyć. Mam absurdalnego pecha. Po weekendzie zadzwonię do kolejnego lekarza.

Jestem bardzo, bardzo zmęczony. Wkrótce napiszę coś sensownego. 

niedziela, 13 września 2020

Marność

Pociąłem się chyba mocniej niż kiedykolwiek. Krew nie chce przestać płynąć.

Dziś samotność miesza mi w głowie.

Dziś znowu piłem.

Nie chcę jutra. Chciałbym, żeby noc trwała wiecznie.

sobota, 12 września 2020

Skała

Wlewam w siebie alkohol, starając się o tym nie myśleć, zatykając nos, powstrzymując wymioty. Bo mój organizm nie zniesie już picia, nie chce go, nie daje rady, broni się.

Ale mózg chce upojenia. Mózg chce ucieczki.

Chciałbym nie żyć.

piątek, 11 września 2020

Lilie

Znowu się widujemy. Mijamy się, zamieniamy parę neutralnych słów, ocieramy o swoje istnienia.

On pachnie tak dobrze.

On jeszcze mi się śni. Śnią mi się jego ciepłe ręce.

Śni mi się księżyc i białe lilie.

Ale nie mogę wrócić. Nie chcę tego przeżywać od nowa. To tylko chwila słabości. Czasami jeszcze wkrada się sentyment.

Nigdy nie zapomnę jego zapachu, ale nie wystawię się na ten ból jeszcze raz.

Przejdzie. Myślałem, że już przeszło. Jeszcze jednak nie, jeszcze jakieś okruchy melancholii. Przejdzie.

Okrutne są ludzkie sny.