czwartek, 15 sierpnia 2019

Poziom

Nie wiedziałem, że mrok ma tyle poziomów.

Mrok ma różne oblicza, objawia się na różne sposoby.

Jestem teraz w miejscu, w którym jeszcze nigdy nie byłem.

Jest dziwnie. Jest inaczej. Nie jest lepiej.

niedziela, 7 lipca 2019

Prześwit

A może gdybym miał miłość, byłoby inaczej.

Może nie pędziłbym z motyką na słońce. Może nie śniłbym o oceanie, nie miał celu w oddali.

Ja mam, do cholery, jeszcze wiele lat przed sobą.

Już chcę być najlepszy. Już widzę siebie w blasku.

Dlaczego tak naciskam?

A to, co siedzi w mojej głowie, nie ułatwia sprawy.

Codziennie przechodzę przez to samo spektrum odczuć: wielkie ambicje, myśli o marzeniach zostają zdeptane przez uczucie bycia niewystarczającym, bo do niczego się nie nadaję według czegoś w moim umyśle.

I trwam w bezruchu. Niezdrowym, bo to te myśli, czarne jak smoła, mnie hamują.

Uświadomiłem sobie wczoraj, że gdybym od lat nie miał dni, w których leżałem zaryczany, zamiast uczyć się, nawet do beznadziejnych przedmiotów, albo gdybym rozwijał wtedy swoje umiejętności, w których już widzę przyszłość, a z własnej winy jestem teraz w nich zacofany, mogłoby być inaczej.

To, co za oceanem, byłoby osiągalne. Ba, to jest wciąż osiągalne. Niesamowicie ryzykowne, pracochłonne, ale być może osiągalne.

Ale, mówię szczerze - bałbym się.

Dlaczego bym się bał? Przecież są, są nawet w pobliżu genialne dzieci, które dotknęły nieba. Dlaczego nie być jednym z tych uwielbianych młodych geniuszy?

Brzmi okropnie, ale tak byłem wychowany - do bycia dumą. Byłem małym geniuszem, ale życie się skomplikowało. Zostałem w przekonaniu, że mam być świetny, ale przy tym porzucono mnie bez pomocy. Trudniej było być idealnym. W końcu poddałem się i nikt nie powiedział, że to w porządku być dobrym, nie bardzo dobrym.

Więc mam bałagan w głowie.

Bo wciąż nienawidzę się za ten czas, gdy leżałem bez sił i nie walczyłem o idealność. Wczoraj uświadomiłem sobie, że chciałbym cofnąć czas. I walczyć, i być na podium, i dostawać listy gratulacyjne.

Wtedy nie wiedziałem, że po klasie pierwszej liceum przyśni mi się iście amerykański sen, olśnienie, plan na życie, istne marzenie.

Teraz jest za późno. Nie posmakuję życia na kampusie. Ale spokojnie, to tylko część wielkiego planu. Plan awaryjny jest do wykonania tutaj, na miejscu. Wystarczy teraz ostro harować na swoje imię. Teraz, natychmiast, bez wytchnienia.

Bez przemyślenia?

Dziś znowu się zawiesiłem. Nie zahamowały mnie jednak złe myśli. Może w końcu odezwał się rozsądek.

Dlaczego teraz, natychmiast, bez wytchnienia, bez przemyślenia?

Mam tylko naście lat.

W małej głowie wielkie chęci.

Mam tam też bałagan.

I to powinno być priorytetem: dlaczego, do cholery, upatruję celu za wielką wodą, gdy mam morze myśli do przepłynięcia w głowie?

Najpierw trzeba tam zrobić porządek.

Mówią, że zegar tyka. To prawda, ale nie chcę umrzeć w panice, realizując się chaotycznie wypluwanymi przejawami nieuporządkowanej weny.

To nie byłbym ja. Wcale nie byłbym spełniony.

Nie od razu Rzym zbudowano.

Powinienem pamiętać o tym już zawsze.

Mam tyle do przekazania. To wymaga czasu.

Też będę budować swój świat. Z jakiegoś powodu myślałem, że ten proces można zacząć z samym szkicem i ukończyć w parę miesięcy.

Nie. Parę miesięcy zajmie sam koncept.

I dobrze. Niech tak będzie.

Muszę się po prostu w końcu uspokoić.

I tak sobie myślę, wracając, że to może o miłość chodzi.

Nie mam jej.

A kto wie, czy gdybym miał miłość, to może nawet nie czułbym potrzeby ruszać się z mojej wsi.

Może czas płynąłby wolniej.

Może byłoby inaczej.

W swojej samotności i smutku chcę stworzyć sobie życie jak ze snu. Rozpaczliwie do tego dążę.

To nie jest wcale dobre.

Trzeba mi trochę zwolnić.

To nic złego.

czwartek, 27 czerwca 2019

Żal

Nie myślę. Potem o swojej głupocie myślę za dużo.

Wstyd mi. Jestem obrzydliwy.

Do strasznej ruiny się doprowadzam.

Nie chcę taki być.

Jak wyrwać się z tego cholernego koła?

poniedziałek, 3 czerwca 2019

Upodlenie

Wróciły palpitacje.

Dziwne sny, schizy - wciąż.

Drżą mi dłonie.

Robię z siebie potwora.

Piję. Piję w weekendy i w tygodniu.

Piję wieczorem. Piję przed wyjściem do szkoły.

Łyk wódki na zachętę. Może dwa. Może pięć. I na lekcje.

Jezu, jak mi wstyd.

Jak mi źle.

Najgorsze chyba jest to, że alkohol wyniszczył pół mojej rodziny.

Będę następny?

Boże, będę następny.

Nie mogę już. Chce mi się płakać.

Nie mam nikogo, nie mam nikogo.

Nic dziwnego.

Śmierć chodzi za mną.

środa, 29 maja 2019

Kolory

Dużo piję. 

Wytchnienie.

Najbardziej zawodzę siebie samego.

Przyjaciół nie mam. Tylko ten alkohol najróżniejszy.

Nienawidzę wszystkich, których kocham.

Jestem zepsuty.

poniedziałek, 20 maja 2019

Lunatykowanie

Nienawiść.

Zmęczenie.

Halucynacje?

Opuszczenie.

Ciężko mi się wyrazić.

Bardzo wyprany jestem z sił.

Jeśli przeżyję do końca maja...

Niech się to już skończy.

Rozpaczliwie i z utęsknieniem wypatruję spokojniejszych czasów. Już niedługo.

Trzeba mi wytrwać, a to trudne. Niesamowicie trudne.

niedziela, 5 maja 2019

Wstrząsy

 Leki przeciwbólowe przestały być środkami zażywanymi doraźnie.

 Biorę je każdego wieczoru.

 Nie wiem, co się dzieje.

 Kolejne przewidzenia. Cienie.

 Ból głowy. Stale. Zawsze przed snem.

 Nie wiem.

piątek, 3 maja 2019

Przerzuty

 Gorzej ze mną.

 Z rzadka zdarzają się przewidzenia. Książka przesuwa się w moją stronę po stole. Czarny, nieistniejący kot przebiega pod latarnią.

 Dużo częściej omamy słuchowe. Codziennie właściwie. Słyszę melodię dzwonka telefonu, zazwyczaj jednak budzika. Za pierwszym razem było to tak uporczywe, że nie wierzyłem, że inni tego nie słyszą. Sprawdzałem telefony, grzebałem w torebce mamy, wyłączyłem radio. Wciąż słyszałem piosenkę gdzieś za sobą. Tylko ja.

Czasami jest to stukot, uderzenia. Dość często słyszę mowę. Jestem przekonany, że telewizor jest włączony. Leżąc w swoim pokoju, słyszę rozmowy, czołówkę dziennika, głupie slogany. Otwieram oczy. Spomiędzy szpar w drzwiach nie widać poświaty telewizora. Jest północ. Wszyscy śpią.

 Nadal słyszę, jak ktoś mówi.

 Nigdy wcześniej nie doświadczałem czegoś takiego.

 Bez powodu czuję niekiedy ogromne, nagłe napięcie w całym ciele - nie atak paniki. Zwykły strach. Że jestem obserwowany, że zaraz coś się stanie. Zaraz coś zacznie mnie gonić.

 Wróciła fobia ciemności.

 Zwiększyła się agresja w stosunku do innych.

 Niektórym mam ochotę wepchnąć języki do gardeł.

 Dziś chciałem chwilami uderzyć dziecko.

 Większe napięcie. Nie mogę zdzierżyć obecności ludzi.

 Od pierdolenia i samej ich obecności boli mnie głowa. W ogóle, ciągle boli mnie głowa. Zawroty też mam.

 Jest wolne i powinienem się uczyć. Nie potrafię się skupić.

 Więc panikuję. Nienawidzę siebie. Mam wyrzuty sumienia co do jedzenia.

 Moje klasyczne koło nienawiści.

 Dziś znalazłem ostrą żyletkę i gdy w końcu zostałem sam, pociąłem swoje nogi. Nareszcie tak, jak trzeba. Porządnie.

 Gorzej ze mną.

 Nowe objawy mnie przerażają. Dziś, po raz pierwszy od dość dawna, pomyślałem o samobójstwie.

 Znów nie widzę przyszłości. Nie widzę rozwiązań. Nic.

 Psychoza. Bezsens.