wtorek, 25 lipca 2017

Pozostawienie

 Nie chcę tu być.

 Nie chcę się tak nazywać.

 Nie chcę być tym, kim jestem.

 Nie chcę być w ciele, które mam.

 Chcę pić.

 Chcę pić dużo alkoholu.

 Chcę nie czuć głodu.

 Po raz pierwszy od dość dawna chcę pociąć swoje nadgarstki.

 Naprawdę tego potrzebuję.

 Bardzo.

 Chcę poczuć ten piekący ból.

 Chcę mieć blizny.

 Chcę zniszczyć swoje ręce.

 Chcę, żeby płynęła po nich krew.

 Chcę płakać.

 Chcę być sam.

 Kompletnie sam.

 Nie chcę wychodzić z domu.

 Chociaż nie, nie chcę wychodzić do ludzi.

 Nie chcę rozmawiać.

 Nie chcę spotykać się z kimkolwiek.

 Chcę, żeby była już jesień.

 Chcę iść w deszczu, w ciemny wieczór.

 Chcę wdychać zapach spalin.

 I nic poza tym.

 Chcę, żeby zawsze było idealnie ciemno.

 Chcę spać.

 Chcę siedzieć bezczynnie.

 Nie chcę robić niczego, czego ode mnie oczekują.

 Nie chcę mówić.

 Nie chcę istnieć.

niedziela, 16 lipca 2017

Ciemność

 Przestałem już cokolwiek wiedzieć.

 Przestałem cokolwiek chcieć.

 Nie chcę rozmawiać.

 Nawet z tobą, najdroższa.

 Nie chcę się spotykać.

 Nie chcę ich widzieć.

 Nawet ciebie, mój drogi.

 Nie chcę pisać o tym wszystkim.

 Nie chcę wyjaśniać, co właśnie robię.

 Nie chcę opisywać, co czuję, bo już sam nie wiem.

 Nie wiem.

 Nie wiem.

 Nie wiem.

 Ciągle niewiedza.

 Nie wiem, co się dzieje.

 Nie chcę tego.

 Nie wiem, co teraz będzie.

 Najlepsze jest to, że nic się nie dzieje.

 Nie ma żadnych powodów, dla których moje myślenie i emocje wciąż się mieszają i zmieniają.

 To wychodzi ze mnie.

 To jest we mnie.

 Nie chcę z tym walczyć.

 Nie chcę temu ulegać.

 Nic nie chcę.

 Nic nie wiem.

 Kurwa.

 Co teraz będzie.

 Co teraz.

 Co będzie.

 Co będzie teraz?

 Nie wiem.

 Po prostu, kurwa, nie wiem.

środa, 5 lipca 2017

Nagość

 Opuchnięte powieki.

 Cienie pod oczami.

 Obolałe mięśnie.

 Włosy wychodzące garściami.

 Blada skóra.

 Co się dzieje?

 Leżę i słucham ciszy.

 Nie mogę tak. Głowa od tego boli.

 Włączam album TeenWitch od Bones i wyobrażam sobie, co mogli czuć Eric i Dylan, kiedy zabijali te dzieciaki w Columbine.

 Zastanawiam się, czy ja mógłbym zabić człowieka.

 Zastanawiam się, czy jestem człowiekiem.

 Śmiesznie jest ostatnio.

 Śmieszne jest to, że idąc do garażu, myślę o tym, jak dobrze idzie mi unikanie jedzenia.

 Śmieszne jest to, że robiąc herbatę, myślę o tym, skąd mógłbym zdobyć broń.

 Malując ściany swojego pokoju myślę o tym, jak wiąże się węzeł szubieniczy.

 Podlewając kwiaty w ogrodzie myślę o tym, jak właściwie zachowałby się mój organizm po przedawkowaniu paracetamolu, którego mam pełno w apteczce.

 To byłby okropny widok, ale czy to jest ważne?

 Wycieram kurze i myślę o tym, gdzie schowane są żyletki.

 To jest śmieszne!

 Bo stało się zabawną, ironiczną rutyną!

 Może napiszę list do samego siebie?

 Pisałem już do przyjaciela, do pewnej dziewczyny, dlaczego nie napisać teraz do siebie?

 Drogi Łukaszu, jesteś zerem.

 Chciałbyś wiedzieć kim jesteś?

 Jesteś atencyjną szmatą.

 Nie zaprzeczysz. Przecież zaraz wrzucisz to do sieci. Zaraz pojawią się wszyscy ci współczujący ludzie, którym zrobi się troszkę przykro z powodu tego, co tu zamieszczasz. Zaczną cię pocieszać, zaczną mówić, że jesteś taki super!

 Ale ty jesteś mądrym chłopcem, bo wiesz, że to złudzenie.

 Gówno prawda, nie jesteś mądrym chłopcem. Jesteś śmiesznym, zidiociałym chłopczykiem, który myślał, że tamta cudowna dziewczyna cię pokocha.

 Jesteś pierdolonym manipulantem.

 Kłamcą.

 Twoje ciało jest ohydne i dobrze, kurwa, o tym wiesz.

 Ty jesteś ohydny.

 Czy nie robi ci się niedobrze na samą myśl, że istniejesz?

 Masz rację.

 Zarzygaj się na śmierć.

 Pocieszę cię tylko: nie jesteś motylkiem, nie brakuje ci pięciu kilogramów do wymażonej wagi, brakuje ci o wiele więcej.

 Twoja twarz jest taka piękna, że aż chce się płakać, czyż nie?

 Spójrz w lustro.

 No spójrz!

 Spójrz, kurwa, w to lustro!

 Nie ma tu dla ciebie miejsca.

 Świat nie chce takich ludzi.

 Świat nie chce żałosnych kurew.

 Chuj z wyglądem, zastanów się, kim ty jesteś.

 Nikim.

 Nie ma rzeczy, w których jesteś naprawdę dobry.

 Jesteś gównem.

 I wiesz co?

 Nikt nie weźmie tego na poważnie.

 Bo to nie jest poważne.

 Bo użalasz się nad sobą jak skończony idiota. Ile ty masz lat? Nie możesz mieć pierdolonych problemów.

 Jeszcze coś ci mogę zdradzić, chcesz?

 Wszyscy cię wykorzystują!

 Jak tanią dziwkę!

 Bo ty jesteś taki zajebiście emo, ty nie będziesz o sobie gadał, bo nie chcesz męczyć ludzi.

 A CO TERAZ ROBISZ, TY PIZDO?

 To skoro nie gadasz o sobie, to oni zaczną opowiadać całą listę ich problemów.

 A co, chciałbyś jednak coś powiedzieć?

 To mów.

 Wiesz, co ci odpowiedzą?

 "Aha".

 I będą gadać dalej o sobie.

 Tego przecież chciałeś.

 Dlatego zamknij już ten zjebany ryj.

 Nikt ci nie pomoże, bo nic ci nie jest.

 Nie widziałeś, przez co ludzie przechodzą.

 Nie masz prawa nawet mówić, że jest ci źle.

 Nie masz jebanego prawa.

 Udław się swoimi uczuciami.

 Nikt nie będzie ciebie żałował.

 Bo jedyne co robisz, to marnujesz powietrze i przestrzeń.

 Nie jesteś prawidzwym mężczyzną.

 Zdechnij.

 Oni wszyscy mają rację, powinieneś coś ze sobą zrobić.

 Przestań się modlić o śmierć, jesteś nienormalny! Do kogo się modlisz? Nikt już nie wierzy w twojego Boga!

 Oni mają rację, masz się wziąć w garść, zamiast odstawiać cyrki.

 Co? Jaka jest twoja wymówka?

 Że niby nie możesz się ruszyć z łóżka? Niby dlaczego? Bo płaczesz po nocach, pedale? Że niby nienawidzisz siebie i czujesz, że nie masz nikogo? Nie masz siły się zmieniać? Pewnie nie chcesz!

 Chcesz umrzeć?

 Powiedz teraz prawdę. Chcesz umrzeć, czy znowu tak tylko piszesz, żeby grać ludziom na emocjach?

 TO SIĘ ZABIJ.

 Nie zabijesz się.

 Bo jesteś pizdą.

 Bo nie możesz, nie masz jak.

 I co teraz zrobisz?

 Kolejną noc będziesz leżał do 3, powstrzymywał wymioty i trzymał się za głowę, żeby nie wyć?

 Nie jesteś człowiekiem, bo nie ma w tobie już życia, a wciąż oddychasz.

 Jesteś w martwym punkcie.

 Wiesz, że ci ludzie chcą ci pomóc, ale i tak ty nie zrobisz tego, co ci polecają?

 Żartuję.

 Nikt nie chce ci pomóc, bo nie masz nikogo.

 Żyjesz, ale jesteś martwy.

 Co teraz zrobisz?

 P.S. Prawdopodobnie jesteś wpadką, ale twoi rodzice i tak z tobą nie rozmawiają, więc co to za różnica?

 Brak podpisu.

 Co teraz zrobię?

 Co to zawsze.

 Będę leżał dalej.

 Będę gryzł ręce, żeby nie zwariować.

 Będę, kurwa, cierpieć, tak mocno, jak na to zasługuję, tak długo, jak dam radę.

 I wstanę znów uśmiechnięty.

sobota, 1 lipca 2017

Czerwień

 Ostatnio męczą mnie koszmary.

 Śni mi się, że coś mnie goni. Uciekam, biegnąc w deszczu, prosto w ciemność. Wrzeszczę z przerażenia, być może nie tylko w śnie.

 Śni mi się też, że coś chce mnie zabić. Stoję sparaliżowany. To coś się na mnie rzuca. Wtedy zawsze się budzę.

 Śnią mi się również przerażające twarze, rozciągnięte, krzyczące usta, czarne oczy. Próbuję odwrócić wzrok, ale nie da się, muszę na nie patrzeć.

 Śpię od 12 do 16 godzin, co nigdy wcześniej mi się nie zdarzało.

 Od kiedy gadam o śnie? Nie ważne.

 Poza tym chyba wszystko w porządku, bo już miesiąc mnie nie było.

 Niby fajnie, ale tak naprawdę obojętnie.

 Wakacje, szkoła, dom, podwórko,  miasto, wieś, mleko, woda, kanapka, głodówka - wszystko jedno.

 "Nie wiem" to ostatnio najczęściej wypowiadana przeze mnie fraza.

 No dobrze, nie było mnie, ale już jestem.

 Chcę coś napisać.

 Znowu nie wiem co.

 Właśnie włączyła mi się w losowym odtwarzaniu "Coma Black". Po raz pierwszy od dobrych paru miesięcy nie przełączam.

 Dawno już nie pozwalałem sobie na wspominanie dnia, kiedy znalazłem ten utwór.

 Było to nie mam pojęcia kiedy.

 Ja pierdole kurwa mać.

 Co to jest? Co zżera mi resztki pamięci? Co za zło każe mi spać tyle godzin i daje mi takie sny? Co za cholerstwo ściąga mnie do totalnego załamania, żeby 2 dni później popchnąć do euforii bez żadnego powodu?

 Co za chore gówno każe robić mi takie rzeczy?

 Wiecie czego jeszcze nie pamiętam?

 Na przykład tego, kiedy zrobiłem najgorszą rzecz w życiu.

 Chciałbym znać datę. Konkretny dzień, w którym straciłem siebie.

 Wiem, że na początku ratowałem swojego "kolegę". Potrafiłem postawić pół szkoły w gotowości, zorganizować dodatkowe badania u higienistki i spotkanie z psychologiem.

 Niczego się nie domyślił. Po prostu wiedział, że się martwię. To tyle.

 Nie wiedział, że do sprawdzenia prawidłowej postawy trzeba ściągnąć koszulkę.

 Cóż, dobrze, że takiego badania nie było rok później.

 Dla kolegi nie spałem, dla kolegi wyzbyłem się przyjaciół, dla kolegi przestałem czerpać radość z przerw w szkole, gadając wciąż o cholernie przygnębiających sprawach. Dzięki koledze stwierdziłem, że nauka wcale nie jest taka ważna.

 A gówno prawda.

 Chyba dzięki koledze zacząłem psuć sobie płuca, ale to na szczęście udało się opanować.

 Byłem debilem.

 Skończyło się na tym, że kiedyś wylądował w szpitalu po bójce. Doskonale o tym widziałem, ale on wciąż utrzymywał, że to wyrostek.

 Jedynym plusem jest to, że wtedy bliżej poznałem Mateusza. To on mi uświadomił, że nie warto jest troszczyć się o kogoś, kto nie chce, żeby mu się polepszyło.

 Kolega kazał się odpierdolić, tak też zrobiłem. Po miesiącach przypodobywania się, pomagania, zamartwiania.

 Po tym, jak pokazał mi, w jaki sposób można poczuć się lepiej.

 Po tym, jak już w to wpadłem.

 Kurwa, byłem takim debilem.

 Nie twierdzę, że to wszystko przez niego. Wcześniej byli rodzice, szkoła, piękne dzieciństwo, mój dom. Kolega był ostatnim krokiem do destrukcji.

 Wkrótce rok szkolny się skończył, kolega nie zdał, koniec sprawy.

 Nie wiem, kiedy kolega zaczął polepszać sobie nastrój, ale ja jakoś wiosną, nie wiem którego roku.

 Było wietrznie, ale słońce przedzierało się przez chmury.

 Rzuciłem butelką w ścianę budynku przemysłowego. Po chwili podszedłem do tego, co z tej butelki zostało.

 Schyliłem się i wybrałem jeden z większych kawałków szkła.

 Podwinąłem rękaw kurtki i zrobiłem sobie trzy kreski na nadgarstku.

 Po paru sekundach na skórę leniwie wypłynęły kropelki krwi, a ja po prostu wyszeptałem: "wow".

 I tak się, kurwa, zaczęło.

 Po kilku tygodniach chciałem mieć coraz więcej ran.

 Krew uspokajała.

 Blizny były piękne.

 I nikt nie widział.

 Tylko on.

 Koleżeński sekret.

 "Zrobiłeś to dzisiaj? Proszę, nie rób tego."

 "Za późno. I wiem, że ty też. To pomaga."

 "Masz rację."

 Zacząłem brać rano leki nasenne, mając gdzieś fakt, że w szkole będę mieć przejebane.

 Było wtedy tak cudownie wszystko jedno.

 Nie ogarniałem lekcji, nic nie umiałem, ale nic nie czułem.

 Ludzie powoli zaczęli widzieć zmiany.

 Niektórzy zauważyli rany, mimo, że chodziłem w bluzach.

 Rękawy się obsuwały.

 Pamiętam też dzień, kiedy kupiłem sobie zestaw pięciu temperówek z dwoma ostrzami. Siedziałem potem o 23 w zimnym jak cholera pokoju i rozkręcałem je nożem.

 Jeszcze tego samego wieczoru wszystkie te żyletki poszły w ruch.

 Od nadgarstka aż po łokieć.

 Musiałem sfałszować sobie zwolnienie z wf-u do końca tygodnia, bo moje ręce wyglądały jak pobojowisko.

 Było tak, kiedy strasznie się "przyjaźniliśmy", było tak też jeszcze długo po tym, jak przestaliśmy.

 Chyba bardzo dużo się działo. Nie dam rady tego wszystkiego opowiedzieć tak dobrze, jakbym chciał, bo prawdopodobnie zdradziłbym tożsamość połowy moich znajomych i swoją własną.

 Nigdy specjalnie nie lubiłem swojej osoby, ale po znajomości z kolegą zacząłem siebie nienawidzić.

 Myśli samobójcze stały się rutyną.

 Każdy wieczór był torturą.

 Poznałem dziewczynę, już o niej opowiadałem.

 Znajomi, przyjaciele.

 Miliony kolorowych serc.

 Obiecała, że mogę na nią liczyć. Obiecała, że mnie wysłucha, że mogę jej wszystko mówić.

 Byłem idiotą.

 Atencyjną kurwą.

 Może i chciałem odrobiny miłości.

 Było mi przykro.

 Pokazałem jej, co się dzieje na co dzień. Opowiedziałem. Miałem nadzieję, że zrozumie.

 Ufałem.

 Okazało się, że dziewczyna potrafi wysłuchać, ale do czasu.

 Może i dobrze, że mnie opierdoliła. Przynajmniej teraz nie użalam się nad sobą aż tak bardzo. Nie jestem aż tak egoistycznym dupkiem.

 Wiem, że wciąż jestem, ale było gorzej.

 Zacząłem mieć wybitnie dość wszystkiego.

 Doszły do mnie dodatkowo same dobre wiadomości, takie typu "chyba będziemy się rozwodzić z tatą".

 Rano takie wieści budzą lepiej niż cokolwiek, nieprawdaż?

 I trzeba przejść przez pasy, trzeba trzymać za rękę siostrę, która jeszcze niewiele rozumie, trzeba rozmawiać z nią jak zwykle, trzeba powstrzymać łzy, trzeba iść do szkoły.

 A wieczorem trzeba odreagować.

 Nie wiem, czy więcej było ran, czy łez.

 Kilkanaście dni później nie wytrzymałem.

 Mama z tym rozwodem była po raz pierwszy szczera. Postanowiłem też być fair.

 "Chyba ci coś kiedyś powiem."

 "Kiedyś? A możesz teraz?"

 Podwinąłem rękawy.

 Mamo.

 Tak, oszalałem. Wiem, że jestem głupi. Wiem, że jeśli mi tu tak źle, to mogę się powiesić. Nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Nie powiem ci.

 Potem, kiedy się uspokoiła, to chociaż raz, nie licząc Wigilii, powiedziała mi, że mnie kocha.

 Potem przestałem.

 Wiem, że mnie obserwowała.

 Na miesiąc.

 Nie tylko ręce da się kaleczyć.

 Ciąłem się po ramionach tak, że nawet krótki rękaw je zasłaniał, ciąłem obojczyki, uda.

 Ale wtedy przyjaźniłem się już z Mateuszem, dlatego nie dałem rady długo się ukrywać. On ma dobry wzrok.

 Obecnie więc już tego nie robię.

 Oficjalnie przynajmniej.

 Po prostu się boję. Wiem, że teraz zauważą. Jeśli nie mama, to zobaczy Mateusz, a on jest zdolny, żeby do niej zadzwonić.

 Nieoficjalnie wciąż czasem zrobię kilka kresek, ledwo widocznych, bo zwolnień z wf-u już nie biorę.

 Patrzą.

 Nie mogę.

 Co nie oznacza, że nie chcę.

 Ostatecznie rozwodu nie było.

 Nie było też normalnie, jak w zdrowej rodzinie. Trochę już to znacie.

 Nie mogłem ranić ciała, ale nikt nie mógł czytać moich myśli.

 Wyzywałem się od najgorszych szmat.

 Potem było w porządku.

 Miałem ochotę umrzeć.

 Potem było w porządku.

 Wyzywałem się od ohydnych kurw i świń.

 Potem było w porządku.

 Nazywałem się psem niewartym życia.

 Potem było w porządku.

 I to też chyba już znacie.

 Jebana huśtawka.

 Chce mi się rzygać na samą myśl, że żyję.

 Ja.

 Nie powinienem nazywać się człowiekiem.

 Napisanie tego posta kosztowało mnie cholernie dużo.

 Chyba jeszcze nigdy nie pisałem tak długo i nigdy mnie to aż tak nie bolało.

 I dobrze.

 Niech boli.

 Nikogo nie darzę tak silną nienawiścią.

 Zabłądziłem wewnątrz siebie.

czwartek, 1 czerwca 2017

Chłód

 To nic ciekawego ani wartościowego.

 Czuję się tak bardzo zażenowany własną osobą.

 Idę wpatrzony w dół. Depczę po szyszkach i igłach. Mijam drzewa, przeskakuję nad korzeniami, przechodzę przez kładkę. Wyraźnie czuć ten niesamowity zapach deszczu, mchu i mokrej ziemi.

 Brakuje mi słuchawek, ale słowa i melodię tej piosenki znam na pamięć perfekcyjnie. 


 Może i dobrze, że nie mam słuchawek. Teraz mogę skupić się bardziej.

 Nie muszę podnosić głowy, żeby wiedzieć, że jestem już na miejscu. Ściągam buty i przedzieram się przez zimny piasek. Za godzinę będzie zupełnie ciemno, nikogo więc już tu nie ma.

 W końcu zatrzymuję się i rozglądam. W wodzie odbija się widoczny już od kilkudziesięciu minut księżyc. 

 Siadam na piasku.

 Myślę o tobie.

 Może i na co dzień jestem wyzuty ze wszelkiej romantyczności, może nie potrafię z tobą rozmawiać normalnie, tak, jakbym chciał.

 To takie sztuczne.

 To już przestaje cokolwiek znaczyć.

 Tęsknię za czasami, kiedy byliśmy najlepszymi przyjaciółmi, kiedy pokazywałem ci, jak wykonywać twoją pracę lepiej, kiedy było nam obojgu przykro, kiedy na mnie wrzeszczałaś, kiedy starałem się że wszelkich sił zdobyć twoją uwagę, kiedy śmialiśmy się do drugiej w nocy, kiedy mnie ratowałaś, kiedy nasze relacje były nie do zerwania pomimo rozpruwającej odległości.

 Tęsknię za czasami, kiedy się ponoć kochaliśmy.

 Ty też będziesz to czytać, kiedy przypomni ci się o blogu. Twojej reakcji boję się jeszcze bardziej niż Mateusza, choć nie mam nic do stracenia.

 Myślę, że cholernie cię kocham.

 Przez ciebie stwarzałem sobie tysiące niepotrzebnych problemów. Wmawiałem sobie, że M. mi się podoba. Nie tylko M. Chciałem na wszystkie sposoby uciszyć moje uczucia do ciebie. 

 Wmawiałem sobie, że już nigdy się do ciebie nie odezwę.

 Heh, mój rekord to 8 dni.

 Wiesz, nasza znajomość powinna zakończyć się już dawno. To przestało mieć jakikolwiek sens już z rok temu. Nasze rozmowy składają się z wymiany kilku żenujących, niewartościowych zdań. 

 Jak mam zatuszować twoje imię na tym blogu? Na jakie mam je zmienić? Nie mam pojęcia. 

 Dziewczyno.

 Ubliżę ci, jeśli zostaniesz bezimienna?

 Siedzę więc na piasku i rysuję palcem abstrakcyjne wzory.

 Tyle razy marzyłem, żeby cię przytulić. Tak naprawdę. Długo i czule, choć raz. Prawie każdą rzęsę z policzka marnowałem na życzenia związane z tobą. 

 Głupie zabobony.

 I tak miałem nadzieję, że się spełnią.

 Prosiłem o coraz mniej. Skończyło się na tym, że życzyłem sobie choć minuty rozmowy z tobą. 

 To przykre.

 Przecież znaliśmy się tak dobrze.

 Nie znamy się wcale.

 Wstaję. Ściągam koszulkę i wchodzę do jeziora. Zatrzymuję się, kiedy woda sięga mi kolan.

 Zimno mi.

 Uświadamiam sobie, że nigdy już tego nie odbudujemy. Powiesz na pewno, że przecież możemy spróbować, że się uda, że nie mamy nic do stracenia.

 Ale ja już nie chcę próbować.

 Nie uda się.

 A straciłem już za wiele.

 Straciłem wiele miesięcy.

 W sumie żal mi tych wszystkich dni, godzin, tygodni spędzonych z tobą. Szkoda to marnować. 

 Wchodzę głębiej. Woda sięga mi już niemal po szyję.

 Cholernie zimno.

 Musimy to skończyć.

 Serce krzyczy: nie odchodź!

 Ale potem uświadamia sobie, że przecież odeszłaś dawno temu.

 A najgorsze jest to, że to moja wina.

 Pizda. Atencyjna, głupia pizda.

 Gdybym tylko zamknął się w odpowiednim momencie, może wciąż bylibyśmy przyjaciółmi. 

 Szczerze?

 Chyba przez ciebie nie potrafię już mówić o uczuciach.

 Chyba mnie pod tym względem zniszczyłaś.

 Od tamtej pory nie powiedziałem ci już ani razu, co czuję naprawdę.

 To rozwaliło naszą przyjaźń.

 Nienawidzę się kłócić.

 Życzę ci szczęścia ze swoją miłością. Cieszę się, naprawdę się cieszę, że spełniły się twoje marzenia. 

 Kiedy mi o tym powiedziałaś, nie mogłem przestać się uśmiechać. Mimo, że to absolutnie skreślało mnie z listy osób, które coś znaczą w twoim życiu. W tym właśnie dniu straciłem dla ciebie jakiekolwiek znaczenie, ale jak miałem się nie cieszyć, kiedy ty byłaś tak szczęśliwa?

 Chyba bardzo się z tobą zżyłem.

 Myślę, że cholernie cię kochałem.

 Woda jest za zimna, żeby zanurzyć głowę. Raz po raz przechodzą mnie ciarki.

 Oczywiście nurkuję.

 Liczę do trzydziestu. Nie jestem w formie.

 Nie ma po co otwierać oczu. Jest zbyt ciemno. 

 Wynurzam się, cały się trzęsąc.

 Najbardziej boli mnie, że tak strasznie starałem się otumanić samego siebie, że wmawiałem sobie miłość do M.

 Tyle idiotycznych rzeczy.

 Boże, jaki człowiek jest głupi.

 Chociaż przynajmniej z M. jesteśmy teraz blisko.

 A z tobą, dziewczyno, oddalamy się od zawsze.

 Jeszcze długo zajmie mi zapominanie o tobie, ale już wiem, że kończymy nasza historię.

 Wychodzę na brzeg.

 Zaczynam okropnie kaszleć. Nie mam ręcznika.

 Warto było.

 Wracam do domu.

 Dlaczego znów piszę list?

 Podświadomość...

 Siedzę pod kocem. Myślę o tobie. Myślę, że może boleć, ale największy ból za nami.

 Teraz będę o tobie zapominał.

 Bo ty już o mnie nie pamiętasz.

 Jest mi przykro.

 Ale jest mi też dobrze, bo wiem, na czym stoję.

 Wiem, że musimy się pożegnać.

poniedziałek, 22 maja 2017

Most

 Właściwie nigdy nie myślałem, że kiedyś będę mógł powiedzieć: nie mam przyjaciół.

 Piszę to na siłę, przyznaję, ale potrzebuję coś napisać. Po prostu.

 Może jakaś świeża dawka wspomnień?

 Ostatnie tygodnie mojej egzystencji to jedno wielkie niedopowiedzenie.

 Może też nieporozumienie.

 Istnieje tak wiele rzeczy, które chciałbym powiedzieć. Strasznie kusi mnie, żeby w końcu być szczerym z Mateuszem, że to, co robi, to jedno wielkie gówno, ale też czuję niepowstrzymaną potrzebę wrzeszczenia na wszystkich, którzy nie mają pojęcia, co tak naprawdę się z nim dzieje, ale komentują.

 Okazuje się, że żyłem przez kilka lat z niezdiagnozowanym "wariatem", ale według mnie wizyty u psychologa kompletnie nic nie dają, Mateuszu. Jest z tobą coraz gorzej.

 Kiedyś to przeczytasz. Jeśli będzie ci się nudzić, to doskonale wiem, że odgrzebiesz link do bloga spod kilkudziesięciu tysięcy wiadomości. Czy się tego obawiam? Sam nie wiem.

 Myślę, że wcześniej sam ci to powiem. Już chciałem to zrobić. Wiesz kiedy?

 W środę, kiedy po ósmej siedziałem na parterze w szkole i zadzwoniłeś do mnie, a ja wahałem się, czy odbierać, bo byłem na ciebie niesamowicie wkurzony, jak cała klasa zresztą. Tylko ja wiedziałem, dlaczego dzień po dniu psujesz sobie doszczętnie frekwencję, ale nie w pełni cię rozumiałem.

 Ale odebrałem i wysłuchałem twoich tłumaczeń, słuchałem kompletnie załamanego człowieka, wciąż nie rozumiejąc, czego się boisz, ale emocje w twoim głosie były zbyt silne, żeby nie wierzyć, że coś jest bardzo nie tak. Nigdy do końca tego nie zrozumiem, ale teraz przynajmniej widzę.

 I gadaliśmy. Głównie słuchałem, bo co mówić w takiej chwili? Dużo w naszej rozmowie było milczenia. Kiedy się uspokoiłeś, zacząłem ci opowiadać, co sądzą o tobie ludzie w szkole. Nie rozumiałeś, dlaczego wszyscy są wściekli, że nie przychodzisz. Więc ci wyjaśniłem. Bo przestali ze sobą rozmawiać. Ja, "lider i śmieszek klasy, władca i centrum życia towarzyskiego" zrobiłem się dokładnie taki, jakim widzisz mnie na blogu. Kompletna cisza, brak tematów, brak śmiechu, a ja odczułem to najbardziej. Teraz dopiero uświadomiłem sobie, że naprawdę jesteś moim najlepszym przyjacielem. I właściwie jedynym.

 Ale już nie jesteś do końca sobą.

 Ja też nie potrafię być przy tobie taki, jak dawniej.

 Już rzadko rozmawiamy, a widujemy się raz na nawet parę tygodni.

 I nie mówię ci bardzo wielu rzeczy.

 Po to mam bloga.

 Pamiętasz, jak to wszystko się zaczynało?

 Kiedy musiałem ci opowiedzieć, co się dzieje, co czuję, musiałem ci to napisać, w trzeciej osobie, nawet żeńskiej formie. Najchętniej po angielsku.

 Robiłem wszystko, żeby udawać, że to nie są moje uczucia.

 Dlatego tutaj jestem.

 I dlatego się chyba oddalamy.

 Bo piszę obcym, co się ze mną dzieje, a tobie nie potrafię tego powiedzieć.

 Nawet kiedy w tę cholerną środę siedziałem z telefonem przy uchu, a ty poznałeś po moim głosie, kiedy opowiadałem, że z nikim już nie rozmawiam, że jest źle, nie mogłem ci powiedzieć.

 Czy istnieje jakaś fobia przed werbalnym wyrażaniem uczuć?

 Krążyło mi w głowie jedno zdanie, ale nie mogłem tego wypowiedzieć. Nie mogłem. Powiedziałem, że nie jest dobrze. Zachęcałeś mnie, żebym odwiedził psychologa, ale ty najlepiej wiesz, że to niemożliwe. Zacząłeś pytać, co dokładnie oznacza "nie jest dobrze", ale nie mogłem. Poza tym wokoło zbierało się coraz więcej ludzi.

 Obiecałem, że napiszę na Messengerze, ale nie napisałem.

 Bo jak miałem ci to napisać?

 Boże, ja ciebie nie rozumiem, a ty mnie też nie zrozumiesz. Ale gdybyś wiedział...

 Jak miałem ci napisać, że ta pojebana huśtawka doprowadza mnie do takiego samego stanu, w jakim ty byłeś wtedy rankiem?

 Jak miałem ci opowiadać o sobie, kiedy ty od tylu dni nie wychodzisz z domu, a naszym jedynym tematem jest to, ile godzin spałeś?

 Jak miałem mówić ci o sobie, kiedy jesteś teraz naprawdę ode mnie o wiele ważniejszy?

 Jak miałem teraz ci to powiedzieć, już kiedyś mówiłem za dużo?

O, Jezu... Jak miałem...

 Jak miałem ci napisać, a tym bardziej powiedzieć, że...

planuję popełnić samobójstwo?

 Jak mam żyć z tobą?

 Jak mam żyć bez ciebie?

 Jak mam żyć ze sobą?

 Szczerze mówiąc, skończyłem pisać powyższe zdanie 10 minut temu, ale waham się, czy to publikować.

 To, co napisałem wyżej, po prostu mnie przeraża, nawet w tej formie, nawet jako "nie moje uczucia", jako parę liter na ekranie.

 Boję się własnych myśli.

 W życiu nie byłem tak przerażony słowami, które wyszły spod moich palców na klawiaturę.

 Plany...

 Plany zwykle się urzeczywistnia.

 Dobranoc.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Krata

 No i co?

 Jedne święta minęły, drugie święta minęły, ja się nie odzywam.

 Jezu, wydaje mi się, że to wszystko było tak dawno temu.

 Nie chce mi się tłumaczyć. Nie chce mi się opowiadać.

 Czym ja jestem?

 Grudzień - planowanie samobójstwa.

 Styczeń - najszczęśliwsze dni od paru lat.

 Luty - nie wiem. Nie pamiętam co było w lutym. Chociaż nie, po prostu byłem odmieniony. Napełniony nadzieją, energią. Patrzyłem realistycznie na cały świat, i wydawał mi się piękny. Świetne uczucie.

 Marzec - to samo.

 Wielkanoc - po raz kolejny wybuch radości, choć nie już tak mocny.

 No i mamy kwiecień, zaraz maj.

 O tej porze w 2014 roku zaczęło się wszystko.

 Może wpadłem w dół, bo oglądałem ostatnio zdjęcia, przeglądałem konwersacje i otwarcie w końcu popytałem przyjaciół o różne sprawy. I w końcu mam w głowie jako taki zarys tych 3 lat, których sam kompletnie nie pamiętam.

 Zaczęło się wiosną.

 Od jednego popierdolonego "kolegi", kawałka szkła i wietrznych, ale słonecznych dni.

 Dreszczyk emocji miał być. Tak na próbę.

 Kurwa, nie, nie, nie. To jeszcze nie jest dobry czas. Myślę że jeszcze kilka dni czy tygodni, i opowiem i o tym, ale dziś co innego chciałem przedstawić.

 Tylko też nie za bardzo chcę.

 No bo co? Pojechaliśmy sobie do taty. I było super. Naprawdę czułem, że jest wszystko w porządku. Przez kilkanaście dni żyłem w normalnej rodzinie, byłem normalny. Dawno się tak nie uśmiałem. Świetnie się bawiłem.

 Od tego czasu myślałem, że blog pójdzie w odstawkę. Myślałem, że jest naprawdę dobrze, na tyle dobrze, że już nigdy nie będę potrzebował uporządkowywania swoich myśli, wyrzucania z siebie uczuć w ukryciu przed znajomymi. Nawet zacząłem trochę mówić o swoich emocjach, niemal tak łatwo jak kiedyś.

 Bo w sumie łatwo mówić o słabych uczuciach. To takie paradoksalne. Jeśli skaleczysz się w palec, cały dom się o tym dowie i będziesz każdego pytać, czy ma plaster. A jeśli pęknie ci serce, zaleje krwią twoje wnętrze, zatruje mózg... może i ty sam nie będziesz o tym wiedział.

 W każdym razie, uwierzyłem, że jestem całkiem wartościowym człowiekiem. Wierzyłem, że czeka mnie dość dobra przyszłość i uświadomiłem sobie, że właściwie w razie czego bez problemu dostanę pomoc.

 W tym okresie rzadko czułem się źle. Kiedy ostatnio napisałem posta, to był jeden z tych momentów. Teraz nie pamiętam nawet, dlaczego.

 Boże, zwróć mi pamięć.

 Chociaż nie wiem, czy to dobry pomysł.

 I tak sobie żyłem.

 O, mogę jeszcze nadmienić, że w międzyczasie, trochę wcześniej, miałem bliską konfrontację z M. Hmm, wyjaśniliśmy sobie kilka rzeczy. A ja zrozumiałem bardzo wiele. Szkoda, że tak późno. O tym też kiedy indziej.

 W Wielkanoc po raz kolejny zapłonąłem ogniem entuzjazmu i radości; z samego faktu, że to Wielkanoc cieszyłem się ogromnie, a kiedy dowiedziałem się, że znowu spotkam się z tatą, no, wiecie. Było mi cholernie miło.

 W swoim życiu przechodziłem przez całe spektrum uczuć, które można żywić do ojca.

 Za młodu miłość, później żal, niedowierzanie, potem obojętność, nawet nienawiść.

 Teraz mogę śmiało powiedzieć, że się przyjaźnimy.

 Dobrze mi z tym.

 Tata wyjechał w środę, pożegnaliśmy się jak kumple. Dorotka popłakała trochę, ale w gruncie rzeczy wszyscy czuliśmy, że niedługo się spotkamy, i naprawdę niedługo, bez odwoływania, przekładania i zmiany planów. Było okej.

 I tak sobie żyłem.

 Aż w piątek powróciło do mnie to przeklęte widmo. Znowu przyszła ciemność.

 Jedne z najczarniejszych dni, jakie dane mi było przeżyć.

 A uwierz, Jezu, wolałbym zdechnąć, niż je przeżywać.

 Kim jestem?

 Raczej, kurwa, czym?

 Czy pod koniec lipca pada śnieg, zrywają się huragany, widuje się mgły?

 To dlaczego, kiedy czuję się świetnie, nagle coś piekielnego uderza we mnie i wysysa że mnie życie, jak zima w środku upalnego lata?

 I już wiem, że to nie jest wina otoczenia. To wychodzi ze mnie.

 W piątek wyłączyłem telefon, czat na Facebooku, nie sprawdzałem maila.

 Cały dzień zleciał mi na praktykowaniu nienawiści do całego świata.

 Relaksująco. Czasem tak mam, że każde połączenie odrzucam, mówiąc do telefonu po prostu "spierdalaj". Raz po raz wyzywam ściany, klnę na wiatr, wyżywam się na przedmiotach martwych.

 Ale pod wieczór przyszła nienawiść do siebie.

 Do tego stopnia, że chciałem wymiotować na samo wspomnienie, że ja istnieję, że takie gówno żyje.

 W sobotę, za dnia, odrętwienie.

 W nocy psychoza.

 Kurwa, ja słyszałem jakieś pojebane głosy, syczące, szepczące. Było ciemno. Bałem się do cholery otworzyć oczy.

 Zrobiłem rzeczy, których już dawno przysięgałem nie robić.

 Bo to siedzi we mnie.

 Jak mam zabić potwora, który jest w mojej głowie, nie zabijając siebie?

 Snem.

 Ale ile można spać?

 19 godzin.

 Za mało.

 W niedzielę przeszło, bo musiało. Bo szkoła zaraz.

 W szkole otępienie, ale dało się wytrzymać.

 Teraz jest wtorek, a ja siedzę w łazience, czekam na pierwszą lekcję, modlę się o wytrwałość, żeby dziś nic nie zjeść.

 Moje ciało jest równie obrzydliwe, co mózg.

 Jezu, zmiłuj się nade mną.

 Zabierz mnie stąd.

poniedziałek, 6 lutego 2017

Bańka

 Myślałem, że już na tego bloga nie wrócę. Naprawdę miałem nadzieję, że już nie będę go potrzebował.

 Złudzenie poprawy było piękne, silne i cholernie fałszywe.

 Byłem zachwycony tym, co się stało w ostatnich tygodniach, miałem ogromnie silną nadzieję na szczęście.

 To się nazywa naiwność.

 Dziś znów jestem w ciemności.

 Znów widzę za zamkniętymi oczami reflektory i próbuję uciekać, chociaż poruszam się jak na zwolnionym filmie, i modlę się żeby to auto nie uderzyło we mnie, niech mnie wyminie, niech z moich nozdrzy uleci zapach spalin.

 A z drugiej strony widzę prawdziwy samochód i chcę stać na jezdni, i poczuć odrzut, usłyszeć dźwięk karetki, a potem nic.

 Niedługo wracam.

 Mam dużo do opowiadania, choć nie do końca chcę to zrobić.

 Wracam z moich wyżyn szczęścia spowrotem do stałego domu, do tej ciemnej klitki, ciasnej, ale wypełnionej wielką pustką.

 Ten okres, kiedy nie pisałem na blogu, był najdłuższym od grubo ponad dwóch lat, kiedy nie czułem się jak gówno - przeciwnie, czułem się tak dobrze, jak nigdy.

 Na razie nie mam czasu ani siły opisywać tego ubiegłego miesiąca.

 Niestety, niedługo wracam.

 To zły znak.

 Bardzo smutny znak.